Back to oldies – short story from 2001

27 September 2012 at 17:49 (Short stories)

ZWIERZENIA

Cofając się wstecz pamiętam jedynie kłótnie. Na kołowrotek mętnych żali zwijałam kłębek niedopowiedzianych konwersacji. Wełniane ale i martwe istniały w wyobraźni. Wyobraźnia to coś, co przypomina białawy marcepan z polewą czekoladową jako kamuflażem przed przesłodzoną i przesadnie kiczowatą zawartością. Tę właśnie zawartość nosiłam w futerale serca. Całość zaplatana była w wełnianych nitkach, ratując od wspomnianych kłótni na ile widziałam, że jest w stanie wyplątać  mnie z kręgu zła.

Stałam w trójkącie grzechu. Trzęsłam się gdy burze pretensji odbierały zdolność podejmowania kulturalnej rozmowy. Skaleczenia; ciągle owijaliśmy bandaże wokół ust. Słowa niczym ostre nożyczki cięły gładkie powierzchnie mowy. Działo się tak niemal każdego dnia. Inni mówili, że histeryzuję. Kpili z nagłych ale skromnych próśb bo paraliżowały szczerością z jaką je wyrażałam. Prosiłam o wsparcie. Gdy nie skutkowało, prosiłam o zrozumienie, a na koniec już zrezygnowana prosiłam jedynie o kromkę chleba. Odmawiano mi.

I oto któregoś dnia zdałam sobie sprawę, że jestem skazana na trójkąt grzechu. Złożyłam pisemną skargę do Boga lecz nie dotarła – podarli jedyną drogę ratunku. Następne miesiące upływały w izolatce. Miałam w ramach pokuty zrozumieć bezsens sytuacji i zaakceptować ewentualny kompromis. Kompromis – jakże fałszywe z ust oprawców brzmiały naszpikowane nadzieją przyrzeczenia. To tyle z pierwszych lat dojrzałości pozostało w pamięci. Niektóre wydarzenia celowo wyrzuciłam z worka wspomnień. Inne są zbyt ciężkie i niebezpieczne aby upuścić na posadzkę zwaną ‘brakiem odpowiedzialności’. Z pewnością przyjdzie dzień zgarbiony od bólu, brudny od krwi, kaleki od walki ale taki o jakim marzę. To za tysiąc lat. Dziś na czerwonej kanapie usiłuję naszkicować akt kobiety torturowanej przed wstyd. Oto historia z kategorii ‘lubi się powtarzać’. Czy twór wyobraźni odnajduje uniwersalizm, zapaćkanych twoimi odciskami, dowodów?

Zaczęło się to gdy dużo czasu spędzałam w futrze samotności. Otulałam nagie ciało. Przylegał do wypukłych elementów kobiecości. Godzinami mówiłam do siebie. Konwersowałam w schizofrenicznych sytuacjach. Na brak tematów nie mogłyśmy narzekać, o nie! To moim sąsiadom przeszkadzała cisza. Korciło ich aby wścibstwem i plotkami zalać spokojny raj. Potem napływali inni intruzi. Oczekiwali niemal cudów po wizycie u pustelniczki. Śmiać mi się chciało gdy z opadającym na ustach zachodem wycofywali się z odwiedzin…mimo, iż uporczywie oferowałam filiżankę kawy. Na szczęście przyszła moda na manifesty. Skorzystałam z niej; zaryglowałam się. Jednak kilka tygodni później ledwo słyszalne pukanie do drzwi ożywiło umarłe niepokoje. Rozumiałam, że ktoś tam stoi, oczekuje aż otworzę i powie co ma do powiedzenia. Wolałam jednak zachować anonimowość istnienia, myślami zagłuszyć grafik. Ale intruz okazał się być o wiele ciekawszy od pozostałych. Nietuzinkowy wróg, przebiegły znawca wartości ludzkich. W zeszycie notował chaotyczne odpowiedzi na makaron retorycznej paplaniny. Wzajemne eksplozje nerwów zagłuszało szczekanie samic. Wyrywały się nieposkromione i prowokowane do agresji. Sceptycyzm do kwadratu. Do końca nie wiem co tak naprawdę oczekiwał po płomiennym monologu; oklasków czy stwierdzenia ‘nie bardzo rozumiem, mógłby Pan powtórzyć?’ Zaprosiłam ich do środka oczekując, że samice landrynkowymi uśmiechami zakomunikują ‘mamy co innego w planach’. Cała ich piątka, budząc przerażenie, wdarła się. Zwiastun nadchodzącej apokalipsy jednego epilogu rósł ze stałą prędkością. Gdy mierzyli mnie centymetrami krytycyzmu, zastanawiałam się czy pognieciona bluzka pasuje do spódnicy. Ich zapach wyolbrzymiał strach, przyspieszał bicie przewodów żylnych. Czemu rozprawiałam się nad banałami? Tyle asertywności mogłam oblepić na ciele. Plakaty wyraźnego sprzeciwu alarmowały o narastającym niebezpieczeństwie. Wiotczałam z nadwrażliwości dręczona resztkami zdrowego rozsądku, nakazującego opanowanie. Nastąpiło zręczne unieruchomienie ofiary; związane gałązki, nieme pulsowanie. Nagle rozdzwonił się ze mnie budzik ale tego nikt nie usłyszał. Nowa cisza pozostawiła zgrabnym obserwatorom niecodzienny bałagan. Prastare wyludnienie zionęło fetorem udręki. Nie zwrócono na moją nieobecność uwagi. Nawet wścibscy sąsiedzi.

Konałam w sypialni obcości; odmienne przedmioty ale znajome samice i Pan Intruz. Zamknięto drzwi na klucz. Przez wiele miesięcy cierpiałam na paranoiczne ataki i częste stany depresyjne. Bywałam kapryśna, nękała mnie melancholia. Pan Intruz ociekał żądzą złamania uporu. Wbijał szpile lecz pozostawałam stanowcza wobec rozjątrzonego entuzjazmu. Potrzeba zniszczenia mojej psychiki tyła niczym kobieta w ciąży. Ja mimo wszystko wiosłowałam  wśród przeszkód i dopływałam do tymczasowych przystani. Przystanie były miejscami wyciszenia wrogości czy czuwania nad kolejnym podstępem. Otarcia, drobne skaleczenia podglądały czy delikatności wciąż na imię delikatność. Pan Intruz chyba sobie żartował myśląc, że po pierwszej turze ciosów rozbeczę się i oddam w ręce bestii. Samice również odmierzały stoperem czas klęski. I raptem ciemność. Śmierć wymierzyła karę samicom, zostawiła najbardziej przebiegłą w ubikacji…z nieudaną próbą samobójstwa. Pan Intruz musiał skoncentrować uwagę na jedynej egoistce tej farsy – byliśmy już  tylko w trójkę. Moje szanse na uwolnienie się z pułapki rosły. Kiedy miałam okazję nadać właściwy kolor pragnieniom, okazja upadła pod same nogi Pana Intruza. Od tego czasu, spazmatycznej złości nie było końca. Zaczęły się tortury, katowanie, głodzenie. Usługiwałam samicy, która po tak niespodziewanej próbie losu, dochodziła do pełni sił, dochodziła do siebie. Gwałcona i zdobywana jako obiekt pożądania, dostarczałam rozrywki klientom samicy. Podczas orgazmu wywoływali z jaskini marzeń jej imię – nadaremnie, bo ja urywałam ten pornograficzny film w najlepszym, według nich, momencie uniesienia. Nigdy nie byłam substytutem a czynniki solidarności społecznej miałam gdzieś. Pytanie kto w tym całym kalejdoskopie hierarchii władzy dyktował warunki gry. To oczywiste, że byłam marionetką. Lecz zabawne, jaki  mariaż potrafiłam tworzyć dzięki kobiecej zmysłowości. Nawet samica odchodziła od zmysłów. Hazard albo przekupstwo klientów dawało niebagatelne zyski. Wyrachowanie recytowane dużymi literami miażdżyło przeszkody na drodze zwanej ‘wolność’.

Kiedy mogłam wstać i wyjść, okazało się, że nie potrafię. Jeszcze tak silnego uzależnienia dotychczas nie zlizywałam z palców. Wiem, że są to okrągłe, mokre zdania bo osad urazy stał się moim drugim ja. Zawiłość kompromisu oraz potrzeba współczucia dostarczały warsztatowi doskonalenia osobowości lakonicznych wzorów do naśladowania. Rozkosz z nadgryzania gorzkiej czekolady czyniła mnie bogatszą o kontynent smaku. Chyba dlatego pozostałam z własnej woli.

Resztę historii można zanucić sobie według chimerycznych upodobań oraz kalkowatości osobistych przeżyć. Proszę przy tym nie zapomnieć o motywie drobnej zbrodni, wywołanej dalszym wykorzystywaniem dobrodusznej naiwności. Może jestem jednokierunkowa lecz mam prawo pisać o różowych bliznach. Szpecą w dojrzałości te kształty, które mają za zadanie przyciągać uwagę mężczyzn. Bycie kobietą niesie obowiązki. Ja koślawię punkt widzenia po to, by inni docenili swoje umiejętności przy pokonywaniu etapów teleturnieju ‘Daj mi drugą szansę’. Nawet słodkie po czasie przestaje być słodkie. A słowami W. Szymborskiej ‘Nic dwa razy się nie zdarza…’.

(07/2001 – 09/2012)

Permalink Leave a Comment

‘Hope Hunters’ short story about polish imigrants in Belfast

20 March 2011 at 23:31 (Short stories)

ŁOWCY NADZIEI

Rozpoczął się kolejny rok, a ja nadal nie mam pomysłu na siebie. Tkwię w procesie, w którym coraz większe nakłady przy coraz mniejszych zyskach powodują wewnętrzną irytację. Brak pieniędzy ścina entuzjazm jak zsiadłe mleko. Pretensje przylegają jak warstwy cebuli. Nie ma chętnych do obierania, rozwarstwiania
i rojenia łez. Na dodatek pewne zjawiska są nieuniknione typu pierwsze zmarszczki pod oczami, wyższy VAT, w dalszym ciągu niespłacone karty kredytowe. Głowa jest pełna żali kruchych jak jajka. Niknę w rozmazanym ‘dziś’ a z nim moje obserwacje…
Mieszkając od pewnego czasu w Belfaście, miałam sposobność obserwowania parady wielu różnych ludzkich istnień. Również poprzez pracę, kontakt z rodakami wydawał się łatwiejszy, podsuwał jego pokrzywione formy prosto pod mój podbródek. Obserwowałam i porównywałam je do swojej ‘wegetacji’. To był naturalny odruch, za który ani wtedy ani teraz się nie wstydzę. Na początku robiłam to aby się dowartościować. Wydawało mi się, iż własny stan egzystencjalny przepływa bardziej bogato i ciekawie. Gdy przyspieszony kurs na rozczarowanie wystawił mi ocenę celującą, obserwowałam je jedynie z przyzwyczajenia
i bezinteresownej ciekawości. Zdarzały się dni kiedy ci ludzie potrzebowali wygadać się obcej osobie z tego, co tak ciężko wyznać bliskim. A ja mogłam i nie miałam nic przeciw byciu taką osobą. Wysłuchiwałam.
W całej złożoności zjawiska dostrzegłam jak interesujący jest cały proces.
Próbowałam kilka historii spisać, przyodziać w słowa. Raz nie miało to sensu, innym razem nie tworzyło spójnej całości. Zdania nie łączyły się w pary z wyrazami, które zgrabnie oddałyby przekaz. Usiłowałam znaleźć dla nich miejsce. W efekcie uznałam, że one po prostu są. Niczym łupiny orzecha zawierają historie, które albo kończą w martwym punkcie albo chcą nadal improwizować na plecach przyszłości. Bez pośpiechu i z wypracowaną techniką rozgniatałam łupiny w dłoni by wydobyć na światło dzienne ich esencję istnienia. Na koniec delektując się smakiem, połykałam na wieczne zapomnienie. Aż do teraz. Zebrałam notki składające się z wyrazów zardzewiałych jak metalowe furtki od nieustannych deszczy. Nie siliłam się na oryginalność. Jest to raczej zupa z ludzkiego smutku, doprawiona rozgoryczeniem i rozczarowaniem emigracją. Życie żądało od nich poświeceń. Gdy nie byli na nie gotowi, odwracało obrażone plecami.
Nie wszystkie historie kończą się amerykańskim happy end-em. Ja jedynie przejdę się po ich slumsach bylejakości.

ZOFIA
Usłyszałam o niej gdy już odarta ze skóry tragizmu, oklejała się opatrunkiem znieczulenia. Wychodziła na prostą. Wprowadzała w swoje obolałe wnętrze elementy jasności. Zofia to nie młoda osoba.
Wręcz przeciwnie – odchowała dzieci, dorobiła się wnuków. Typowa polska emerytka. Z pewnością nie tak wyobrażała sobie jesień życia a tym bardziej na emigracji. Z papierowych marzeń sklejała kolejne dni.
Ich zniekształcony kształt wskoczył w układankę czasu; pamiętnego popołudnia córka zadzwoniła przędąc żarliwą prośbę. Namawiała ją na przyjazd do Belfastu i pomoc w opiece nad wnukami. Zgoda była automatyczna. Uważała za swój święty obowiązek wesprzeć córkę.
Za parę chwil jednak życie splunęło jej w twarz. Po przyjeździe idylla trwała może dwa tygodnie. Nowy partner córki wprowadził ‘zmiany’; zakazali korzystania z ogrzewania, ciepłej wody do kąpieli, TV, jedzenia. Próbowała z nimi rozmawiać. Niewiele pytań czy argumentów trafiało na miejsce przeznaczenia. Uznała, że nie warto wylewać z siebie potoków słów. Wcisnęła ‘pauzę’ – niewidzialny przycisk na dalsze dyskusje.
Jak pies skuliła pod siebie ogon. Czekała na zmiany; czy to humorów czy ich sytuacji finansowej.
Doskonale wiedziała, co sobie myśleli, jak jaskrawe neony reklamowe pulsowały wciąż przed oczami: ramol, zrzęda, stara krowa, zużyta szmata, zbędny ciężar! Mijały dni a ona coraz częściej traciła z oczu ważne drogowskazy. Na poprawę nie zanosiło się. Życie najeżone przeciwnościami, narażone na tyle ciężkich prób, domagało się kolejnych.
Bez języka, znajomości miasta oraz wiedzy o czymkolwiek zaczęła szukać pracy. Miała dosyć złego traktowania. Udało jej się zahaczyć w kilku agencjach przy sprzątaniu biur. Ludzie jej jednak unikali. Głównym powodem była higiena osobista. W końcu kierownik zaprosił ją na rozmowę. Szukając niezgrabnych wyjaśnień oraz odwołując się do skarg pracowników, poprosił o poprawę. Zdawała sobie sprawę ale czy miała mu się zwierzać z głodu dręczącego od czterech dni lub nie mycia od sześciu? Fakt ten sam wyszedł na jaw z biegiem czasu. Ktoś zaczął jej dokuczać w kantynie podczas jednej z przerw. Wszyscy jedli kanapki a ona wodziła wygłodniałym wzrokiem po ich twarzach. Powiedzieli wprost, że śmierdzi i obrzydza im czas posiłku. Opuszczając kantynę nie była w stanie powstrzymać boleści serca do niesprawiedliwości losu,
który nie był niczym innym jak krzyczącym protestem wobec zachowania swojej córki. Wylała z siebie wszelkie żale. W kantynie oprócz milczenia, uniósł się duszny smrodek szoku. Nikt nie dokończył jedzenia. Zastygli.
Dziewczyny zaczęły ją dokarmiać, częstować papierosami. To właśnie wtedy dowiedziałam się o kolekcji ciuchów dla Zofii. Życzliwość rozniosła się po okolicy, rozpyliło nią jak bursztynowym piaskiem pustynnym. Unosił się z wiatrem. Na Woodstock Road, obok solarium spalonego w zeszłym roku, Zofia czekając na autobus, czekała również na koleżanki z pracy, które znosiły jej wszystko, co inni byli w stanie ofiarować. Nie uszło to uwadze domowników. Gdy wracała, serce waliło jej jak młot. Z każdą chwilą czuła jak zbliża się do pęknięcia. Trzymała się barier strachu upchanych w plastikowe reklamówki. Córka ignorowała bądź udawała, że ignoruje nowości u Zofii. Codzienne wędrówki od łazienki do kuchni, od kuchni do sypialni odbywały się w totalnym milczeniu. Trudno nawet określić czy to obojętność wkradła się na domową scenę. Usta, spierzchnięte od niemówienia, zaczynały układać się w wąską linijkę. Nabierały złowrogiego napięcia, nerwowego tiku. Niechciane podszepty nie cichły, zadawały ból słowom uwięzionym w ustach. Żyli w ciągłym poślizgu nienawiści do siebie.
W końcu Zofia rzuciła na stół pieniądze na rachunki oraz klucz. Dzięki pomocy życzliwych osób dostała dosyć szybko przydział na mieszkanie socjalne. Wyprowadziła się, odcięła od nich. Tracąc wszystko uzyskała dziwną godność niezależności. Zerwała plastry z jeszcze świeżych ran – end of the game.
Tęskni za wnukami o czym często mówi. Mam nadzieję, że nie dręczy się rachunkami sumienia:
gdzie popełniłam błąd w wychowaniu, dlaczego MOJE dziecko wyrosło na złego człowieka (?). Z nami o córce nie rozmawia. Smutek w jej oczach starczym spojrzeniem. My nie naciskamy. Pomyśleć, iż emigracja zamiast jednoczyć ludzi, dzieli. Ten przypadek nie jest odosobniony, choć chciałabym się mylić.

HALINA
Choć wczesny kwiecień, wiatr wściekle smaga twarze, plując deszczem. Wracając ze sklepu polskiego na Ormeau Road irytowała ją za długa grzywka. Niemalże wbijała się w oczy, a ona, z czterema siatkami,
nie mogła jej nijak poprawić. Mieszkała niedaleko za parkiem. Ot, taka przeciętna kobieta po czterdziestce. Bez dzieci, z byłym mężem odsiadującym wyrok w Radomiu, po którym ‘w spadku’ zostało jej wiele długów do spłacenia. Zdecydowała się na wyjazd mimo, iż nie znała tu nikogo. Lubiła solarium i długie paznokcie. Prowadząc rozmowę patrzyła źrenicami zgaszonej nadziei, co chwilę czyszcząc lub przyglądając się paznokciom. Chorobliwie nie znosiła jednego – alkoholików – choć takim był jej aktualny narzeczony, Wojtek. Wojtek od ponad roku pracował ciężko aby utrzymać w kraju żonę i dwójkę synów. Po pracy wódka lała się kieliszkami, kradnąc resztki wolnych chwil, dając w zamian zapomnienie. Pierwszy raz zobaczyła go w tym samym polskim sklepie przy półce z zupkami chińskimi. On młodszy, w miarę przystojny od razu wpadł jej w oko. Później regularnie przychodziła przed zamknięciem sklepu, aby natknąć się ‘niechcący’ i zagadać kilka bzdurnych słów. Zobaczył, że leci na niego. Zaprosił na sobotnią imprezkę u Jurka, który okazał się być ich wspólnym znajomym. Jak powiadali pijacy, miała pewną wadę – chciała mu pomóc z nałogiem.
Dosyć szybko wprowadził się do niej. Akurat zwalniało się miejsce po innym współlokatorze więc zaproponowała przeprowadzkę. Wojtkowi było na rękę: gotowała, sprzątała, prała jego ubrania.
Praktycznie utrzymywała ‘nowego narzeczonego’. Grosza nie dawał Halinie. Będąc przykładnym mężem oraz ojcem wysyłał zarobione pieniądze do Polski. Prawie w każdy weekend szantażował ją odejściem,
by wyciągnąć na szlugi i gorzałę. Kumple, nawet ‘nie wyskakując’ z roboczych ubiorów, schodzili się do nich gdy okno dnia zasłaniało się mięsistą kotarą nocy. Najczęściej krzątała się wokoło, mamrocząc pod nosem różnego rodzaju obelgi skierowane do pijanego towarzystwa. Czasami siadywała z nimi, namawiała Wojtka
by nie pił tak dużo. Wtedy klepał ją po kształtnym tyłku dodając:
– Człowiek nie wielbłąd, pić musi.
Najczęściej jednak doprowadzała go swoim gderaniem do wściekłości. Przy gościach wyładowywał na niej całotygodniowe frustracje. Kumple udawali, że nie widzą co się dzieje, bo dopóki była wódka, była dobra zabawa. Skuleni nad stołem możliwe, iż bili się myślami ale któż się z nimi nie bije (?).
Po jednej z takich imprez zadzwoniła do mnie nad ranem. Nie mogłam zrozumieć co mówiła. Z drugiej strony dochodził bełkot pomieszany z łkaniem. W końcu się rozłączyła, a po paru minutach przyszedł sms.
Prosiła abym jak najszybciej do niej przyjechała. Zastałam ją klęczącą przy wannie, placami do drzwi.
Gdy weszłam nawet się nie odwróciła. Kurczowo trzymała krawędzi obiema rękami. Wokół niej krew wsiąkała w niezliczoną ilość ręczników. Zlew, lustro i kafle będące świadkami przemocy, usiłowały mi powiedzieć co tu się stało. Halina milczała. Wojtek chodził po kuchni nerwowym krokiem. Jego żółta cera przypominała kolor trupi. Targał włosami jakby chciał je wyrwać i krzyczał co parę chwil
– Kurwa, ja pierdolę, kurwa!
Gdy w końcu mnie dostrzegł, usilnie starał się przekonać do swojej wersji zdarzeń.
– Tej głupiej szmacie zachciało się sprzątania nad ranem. Ma czego chciała. Poślizgnęła się i wybiła sobie zęby.
Wreszcie Halina podniosła się. Asfaltowa rozpacz wyzierała z jej oczu. Dalsze pytania były zbędne. Pojechałyśmy do City Hospital na Lisburn Road. Wyjaśniłam pielęgniarce co wiedziałam. Od razu posypały się pytania, pojawiła policja, nawet psycholog. Ona kręciła przecząco głową, nie chciała zeznawać przeciwko Wojtkowi. Wysypisko obietnic rozsypało się. Nikt jednak nie mógł zmusić jej do powiedzenia czegoś,
czego nie chciała. Wyszłyśmy stamtąd z lekami przeciwbólowymi i zgiętą wpół dumą. Noc zapadła w ciągu dnia.
Odwiozłam ją z powrotem do domu. Wojtek jednak zatarasował mi wejście.
– Wypierdalaj stąd suko i nie mieszaj w nie swoje sprawy!
Halinę popchnął w stronę sypialni. Pokornie zawinęła się, ocierając spłakane oczy. Pluł w moją stronę zapalczywą złością, zacietrzewieniem. Oboje wiedzieliśmy do czego jest zdolny.
Wycofałam się. Straciłam z nimi kontakt. Z drugiej ręki dowiedziałam się, że Wojtek krótko po tamtym zdarzeniu wyprowadził się. Halina chodziła po znajomych szukając go. Błagała by wrócił. Nie rozumiała, iż w powietrzu wisi coś więcej, niż czysty tlen, a on przeciągnął ją po szorstkim dywanie doznań. Trudy dnia uleciały toksycznym dymem. Lepiej nie wyrywać zabójczych wspomnień z ich niespokojnej drzemki w moim sercu. Mimo to smutek przechodził przeze mnie jak drewniany palik wbijany młotkiem w twardy grunt. Martwiłam się o Halinę, bo on podeptał jej poczucie wartości. Z drugiej strony ludzka głupota nie zna granic. Zamiast odkładać na dentystę czy myśleć o leczeniu, ona marnowała energię na związek bez przyszłości. Chyba zdrowy rozsądek bawił się z nią w chowanego gdyż inaczej nie potrafię wytłumaczyć jej zachowania.
– Cholerna pogoda – zmełłam przekleństwo w ustach. To nasz polski rytuał narzekania na tutejszą pogodę. Ale nawet ona nie jest w stanie tak rozmiękczyć mózgu jak w przypadku Haliny. Życzę jej z całego serca wszystkiego dobrego.

WALDEK
Z wściekłością trzasnął drzwiami. Skórzana kurtka wylądowała między wieszakiem a kaloryferem.
– Pierdolić wszystkich! – rzucił przez zaciśnięte zęby, gorączkowo szukając gum owocowych i papierosa. Szary dymek stopniowo wyciszał zszargane nerwy.
– Wiesz co ona stwierdziła? – nie czekając na reakcję z mojej strony, relacjonował przebieg porannej rozmowy.
– Jestem zagrożeniem w miejscu pracy, narażam pracowników i firmę na niebezpieczeństwo, koszta oraz straty moralne. Właśnie zostałem zwolniony!
Kipiał ze złości. Swoje życie porównywał do windy wciąż pędzącej do góry. Czuł, że jest dobry w tym co robi. Dni mijały coraz szybciej, karuzela życia prawie się nie zatrzymywała. Na dodatek prześwietlał się
z każdej strony. Wskazywał sobie momenty, w których popełniał błędy by móc na wskroś je zanalizować lub coś naprawić. Ja również uważałam, że był jednym z najlepszych nabytków firmy; miał świetny kontakt
z ludźmi i klientami, sprawnie rekrutował pracowników, tłumaczył plus odwalał kawał niezłej roboty na każde skinienie ‘szarej eminencji’. I właśnie kiedy wymieniał w kantorze marzenia na fanty materializmu, został wywalony. Smutna twarz zatopiła się w dymie. Nie był w stanie już mamić tekstami, które zachowywała jego głowa, a które to dotychczas łykał nasz kierownik.
Waldek miał swoje ulubione hasło, którym prasował napięcie między ludźmi lub nerwową atmosferę:
– Oddychaj, oddychaj.
Miałam zamiar je przytoczyć. Jednocześnie odwróciłabym sens całej sprawy, która traciła ostrość i istotę problemu. Wybrałam inny komentarz.
– To było nieuniknione…
Spojrzał na mnie. Farba zrezygnowanego wahania rozlała się w spojrzeniu.
– Wiedziałem, że mogę liczyć na twoje wsparcie!
Odwrócił się do mnie plecami i pogrążył w ciszy.
– Mówię co myślę, choć miałabym tym spalić za sobą most, który pozwala człowiekowi zawrócić.
Sorry stary, ale wolne przyda ci się na przemyślenie kilku spraw.
Waldek, choć woził busem ludzi do pracy, nie wyobrażał sobie rozpoczęcia dnia bez tak zwanego ‘U-bota’. Do szklanki piwa wrzucał kieliszek z wódką i na gorącym uczynku łapał dzień, kiedy zaczynał się rumienić. Cud, że upojnym tańcem egzystencjalizmu nie narobił komuś krzywdy. Gdyby patrol policyjny, nawet kontrolnie, postanowiłby go sprawdzić, firma miałaby problemy. Po kilku upomnieniach został zwolniony. Później nie mieliśmy ze sobą kontaktu przez prawie pół roku. Waldek siedział całymi dniami na kanapie,
jedną ręką skakał pilotem po kanałach a drugą ścierał gumką żalu wcześniejsze miesiące – toast za nasze zdrowie. Oszczędności szybko się skończyły. Musiał ruszyć się z kanapy i dreptać po agencjach, łapać dorywcze prace, pozwalające spłacać długi.
Jak to w życiu bywa, drogę zastąpił mu przypadek. Zmierzając do Spar, po zapas piwka, zobaczył na jednym z przystanków przy Uniwerku plakaty ogłaszające rekrutację do policji. Zainteresowany, tułał się wśród wątpliwości. Bał się, iż będzie musiał stworzyć jakąś strategię na bycie lepszym, dojrzalszym. Na następny dzień zaprosił mnie z koleżanką do Clements-a na Botanic Gardens. Powiedział, że rzuca picie.
– Waldek, nałóg to nie kochanka, której nakażesz oddać klucz od swojego mieszkania i zabrać szczoteczkę do zębów a ona posłucha.
Nie byłyśmy przekonane. Pytanie czy da radę skrobało wnętrze mózgu jak palec zakończony obgryzionym paznokciem.
– Muszę się wyrwać z zadupia własnej słabości!
Chciałyśmy mu wierzyć, szczególnie, iż była żona widziała w nim nieudacznika. Podobne myśli sprzedawała synowi. Chłopak roztapiał szacunek w aurze obojętności. Zwątpienia codzienność nie pozostawiało wiele. Cóż miał do stracenia – kibicowałyśmy Waldkowi.
Po kolejnych paru miesiącach spotkaliśmy się ponownie. Dostał powiadomienie o testach i rozmowie kwalifikacyjnej. Kamień spadł nam z serca. Narobił tyle hałasu, że ludzie przy sąsiednich stolikach odwracali w naszą stronę głowy. Milcząca aprobata wisiała nad nami. Dał radę. Nie pije. Obecnie utrzymujemy kontakt e-mailowy. W prasie przeczytałam, iż jest pierwszym polskim policjantem w Irlandii Północnej.
Emaile wskazują na to jak bardzo jest zadowolony. W pracy myśleli, że zmyślam historię na poczekaniu.
W mgnieniu oka odebrałam im tą satysfakcję bo Waldek to poczciwa dusza. Jak wielu z nas pogubił się na emigracji lecz odnalazł swój punkt ślepego widzenia. Krokami w ciemności znaczył swoją drogę aż w końcu wyszedł ‘na ludzi’. Darzę go za to szacunkiem i podziwiam. Życie nie wali się od jednego ciosu czy nagłego nokautu. On dowiódł tego. Dziękuję mu za to.

********************************************************************************
Historie czyichś ojców i matek mogłabym mnożyć. Większość z nich ma swój początek lub koniec niedaleko Castle Court, centrum sklepowego w centrum miasta. W jego zaułkach chowają się anonimowe twarze oraz butelki alkoholu. Przez pewien czas spotykałam tam dwóch panów w przykrótkich swetrach i odblaskowych kamizelkach. Chwiejnym krokiem maszerowali w swoją stronę. Czasami kłaniali się, a czasami szukali wzrokiem kolegów chowających się na tyłach przylegających biurowców. Innym razem błogo leżeli a spod przymrużonych oczu zerkali na przechodniów. Ktoś przystawał, inny odważny starał się ich podnieść. Urywane szepty wyrokowały, iż to na pewno Polacy. Centrum wirowało wokół takiego wypadku; osób na wpół przytomnych, których namacalnym dyskomfortem był chłód płyt chodnikowych i nieustający deszcz. Reszta to tylko zakłopotanie odbiorców. Nikt nie był w stanie stwierdzić czy byli pijani, czy coś im się stało. Wypowiadany bełkot miał nie-przepraszać a raczej prowokować ludzi do pójścia w swoją stronę. I szli.
A z nimi percepcja i zdanie jakie tutejsi ludzie wyrabiają sobie o Polakach…
Za granicą słyszymy, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Płyniemy rzeką codzienności w miarę sprawnie. Pokonujemy przeszkody, staramy do czegoś dojść, coś osiągnąć, zaoszczędzić na większe inwestycje.
A mimo to wpadamy we własne ciasne i pokurczone pułapki. Bijemy skrzydłami o kraty, których nie ma.
Przed okruchami chleba klęczymy na sinych kolanach, zachlapując ziemię kryształem ciepłych łez.
Pusty wzrok sięga niedotykalną pokutę. To tak, jak mieć przed oczami cel ostateczny; zieloną jak łąkę nadzieję, że się uda lecz w ferworze irracjonalizmu ją skosić. Pytam się dlaczego to sobie robimy?
Dlaczego stąpamy bezsensowi na odcisk? Żyjąc za granicą jesteśmy przecież bogatsi – dwie kultury, dwa języki. Zwyczajność uleciała na dobre. Zjawisko to siedzi w nas głębiej niż myślimy. Dojrzewa i jednocześnie się nami żywi. Stanowimy punkt zbiorczy. Dzięki temu mamy prawo rozgrzeszać nicość, dryfować na morzu doznań a nawet analizować życie z różnych punktów widzenia. Nic nas nie pogania. Nie musimy chybcikiem pakować szczęścia do torby. Martwić się, czy ktoś nas podgląda i zazdrości. Tego bogactwa nikt nie jest w stanie nam odebrać.
Naturą Polaków na emigracji jest, oprócz ciągłego narzekania, robienie sobie wyrzutów sumienia, omamianie wizjami płytkich doznań oraz rozdrabnianie się na doznane niepowodzenia. U nas szary ma wiele odcieni, więcej niż nawet Kieślowski byłby w stanie wymyślić. Zamiast dryfować, umysły toną w morzu pomyłek. Chciałabym wierzyć, iż kiedyś oprócz zwykłej irlandzkiej ulewy spadnie na nas deszcz, który oczyści z niepowodzeń i smutku jaki nosimy. Może wtedy dostrzeżemy w beznadziejności sytuacji coś pozytywnego. Odpędźmy wieczną ideę martyrologii narodu polskiego! Choć myśli jak w smole babrają się, grzęzną,
nawet toną ale nie zatapiajmy naszych statków. Pozwólmy im gdzieś dopłynąć.
Możliwe, że to podsumowanie jest nijakie. Nie zamierzałam robić z siebie znawcy egzystencjalizmu.
Moje ciche prośby do narodu przechowam w poczekalni serca. Kilka uwag czy słów krytyki prawdopodobnie odbije się głuchym echem. Jutro maszerując do pracy potknę się o stary numer Belfast Telegraph.
Pan z małego sklepiku na rogu zaczepi z nudów swoim wyświechtanym ‘All right, love’. Kilku rodaków śmignie mi na rowerze. Strzepię resztki wczorajszych uczuć z ramion rutyny. Powiem sobie: ten dzień nakryję białym, haftowanym obrusem. Szkopuł w tym, iż landlord od paru tygodni nie może zabrać się za naprawę pralki. Czeka mnie kolejny spacer do pralni chemicznej. Upps! żetony cierpliwości już mi się pokończyły… i nie żebym narzekała.

(18/03/2011)

Permalink Leave a Comment