Back to oldies – short story from 2001

27 September 2012 at 17:49 (Short stories)

ZWIERZENIA

Cofając się wstecz pamiętam jedynie kłótnie. Na kołowrotek mętnych żali zwijałam kłębek niedopowiedzianych konwersacji. Wełniane ale i martwe istniały w wyobraźni. Wyobraźnia to coś, co przypomina białawy marcepan z polewą czekoladową jako kamuflażem przed przesłodzoną i przesadnie kiczowatą zawartością. Tę właśnie zawartość nosiłam w futerale serca. Całość zaplatana była w wełnianych nitkach, ratując od wspomnianych kłótni na ile widziałam, że jest w stanie wyplątać  mnie z kręgu zła.

Stałam w trójkącie grzechu. Trzęsłam się gdy burze pretensji odbierały zdolność podejmowania kulturalnej rozmowy. Skaleczenia; ciągle owijaliśmy bandaże wokół ust. Słowa niczym ostre nożyczki cięły gładkie powierzchnie mowy. Działo się tak niemal każdego dnia. Inni mówili, że histeryzuję. Kpili z nagłych ale skromnych próśb bo paraliżowały szczerością z jaką je wyrażałam. Prosiłam o wsparcie. Gdy nie skutkowało, prosiłam o zrozumienie, a na koniec już zrezygnowana prosiłam jedynie o kromkę chleba. Odmawiano mi.

I oto któregoś dnia zdałam sobie sprawę, że jestem skazana na trójkąt grzechu. Złożyłam pisemną skargę do Boga lecz nie dotarła – podarli jedyną drogę ratunku. Następne miesiące upływały w izolatce. Miałam w ramach pokuty zrozumieć bezsens sytuacji i zaakceptować ewentualny kompromis. Kompromis – jakże fałszywe z ust oprawców brzmiały naszpikowane nadzieją przyrzeczenia. To tyle z pierwszych lat dojrzałości pozostało w pamięci. Niektóre wydarzenia celowo wyrzuciłam z worka wspomnień. Inne są zbyt ciężkie i niebezpieczne aby upuścić na posadzkę zwaną ‘brakiem odpowiedzialności’. Z pewnością przyjdzie dzień zgarbiony od bólu, brudny od krwi, kaleki od walki ale taki o jakim marzę. To za tysiąc lat. Dziś na czerwonej kanapie usiłuję naszkicować akt kobiety torturowanej przed wstyd. Oto historia z kategorii ‘lubi się powtarzać’. Czy twór wyobraźni odnajduje uniwersalizm, zapaćkanych twoimi odciskami, dowodów?

Zaczęło się to gdy dużo czasu spędzałam w futrze samotności. Otulałam nagie ciało. Przylegał do wypukłych elementów kobiecości. Godzinami mówiłam do siebie. Konwersowałam w schizofrenicznych sytuacjach. Na brak tematów nie mogłyśmy narzekać, o nie! To moim sąsiadom przeszkadzała cisza. Korciło ich aby wścibstwem i plotkami zalać spokojny raj. Potem napływali inni intruzi. Oczekiwali niemal cudów po wizycie u pustelniczki. Śmiać mi się chciało gdy z opadającym na ustach zachodem wycofywali się z odwiedzin…mimo, iż uporczywie oferowałam filiżankę kawy. Na szczęście przyszła moda na manifesty. Skorzystałam z niej; zaryglowałam się. Jednak kilka tygodni później ledwo słyszalne pukanie do drzwi ożywiło umarłe niepokoje. Rozumiałam, że ktoś tam stoi, oczekuje aż otworzę i powie co ma do powiedzenia. Wolałam jednak zachować anonimowość istnienia, myślami zagłuszyć grafik. Ale intruz okazał się być o wiele ciekawszy od pozostałych. Nietuzinkowy wróg, przebiegły znawca wartości ludzkich. W zeszycie notował chaotyczne odpowiedzi na makaron retorycznej paplaniny. Wzajemne eksplozje nerwów zagłuszało szczekanie samic. Wyrywały się nieposkromione i prowokowane do agresji. Sceptycyzm do kwadratu. Do końca nie wiem co tak naprawdę oczekiwał po płomiennym monologu; oklasków czy stwierdzenia ‘nie bardzo rozumiem, mógłby Pan powtórzyć?’ Zaprosiłam ich do środka oczekując, że samice landrynkowymi uśmiechami zakomunikują ‘mamy co innego w planach’. Cała ich piątka, budząc przerażenie, wdarła się. Zwiastun nadchodzącej apokalipsy jednego epilogu rósł ze stałą prędkością. Gdy mierzyli mnie centymetrami krytycyzmu, zastanawiałam się czy pognieciona bluzka pasuje do spódnicy. Ich zapach wyolbrzymiał strach, przyspieszał bicie przewodów żylnych. Czemu rozprawiałam się nad banałami? Tyle asertywności mogłam oblepić na ciele. Plakaty wyraźnego sprzeciwu alarmowały o narastającym niebezpieczeństwie. Wiotczałam z nadwrażliwości dręczona resztkami zdrowego rozsądku, nakazującego opanowanie. Nastąpiło zręczne unieruchomienie ofiary; związane gałązki, nieme pulsowanie. Nagle rozdzwonił się ze mnie budzik ale tego nikt nie usłyszał. Nowa cisza pozostawiła zgrabnym obserwatorom niecodzienny bałagan. Prastare wyludnienie zionęło fetorem udręki. Nie zwrócono na moją nieobecność uwagi. Nawet wścibscy sąsiedzi.

Konałam w sypialni obcości; odmienne przedmioty ale znajome samice i Pan Intruz. Zamknięto drzwi na klucz. Przez wiele miesięcy cierpiałam na paranoiczne ataki i częste stany depresyjne. Bywałam kapryśna, nękała mnie melancholia. Pan Intruz ociekał żądzą złamania uporu. Wbijał szpile lecz pozostawałam stanowcza wobec rozjątrzonego entuzjazmu. Potrzeba zniszczenia mojej psychiki tyła niczym kobieta w ciąży. Ja mimo wszystko wiosłowałam  wśród przeszkód i dopływałam do tymczasowych przystani. Przystanie były miejscami wyciszenia wrogości czy czuwania nad kolejnym podstępem. Otarcia, drobne skaleczenia podglądały czy delikatności wciąż na imię delikatność. Pan Intruz chyba sobie żartował myśląc, że po pierwszej turze ciosów rozbeczę się i oddam w ręce bestii. Samice również odmierzały stoperem czas klęski. I raptem ciemność. Śmierć wymierzyła karę samicom, zostawiła najbardziej przebiegłą w ubikacji…z nieudaną próbą samobójstwa. Pan Intruz musiał skoncentrować uwagę na jedynej egoistce tej farsy – byliśmy już  tylko w trójkę. Moje szanse na uwolnienie się z pułapki rosły. Kiedy miałam okazję nadać właściwy kolor pragnieniom, okazja upadła pod same nogi Pana Intruza. Od tego czasu, spazmatycznej złości nie było końca. Zaczęły się tortury, katowanie, głodzenie. Usługiwałam samicy, która po tak niespodziewanej próbie losu, dochodziła do pełni sił, dochodziła do siebie. Gwałcona i zdobywana jako obiekt pożądania, dostarczałam rozrywki klientom samicy. Podczas orgazmu wywoływali z jaskini marzeń jej imię – nadaremnie, bo ja urywałam ten pornograficzny film w najlepszym, według nich, momencie uniesienia. Nigdy nie byłam substytutem a czynniki solidarności społecznej miałam gdzieś. Pytanie kto w tym całym kalejdoskopie hierarchii władzy dyktował warunki gry. To oczywiste, że byłam marionetką. Lecz zabawne, jaki  mariaż potrafiłam tworzyć dzięki kobiecej zmysłowości. Nawet samica odchodziła od zmysłów. Hazard albo przekupstwo klientów dawało niebagatelne zyski. Wyrachowanie recytowane dużymi literami miażdżyło przeszkody na drodze zwanej ‘wolność’.

Kiedy mogłam wstać i wyjść, okazało się, że nie potrafię. Jeszcze tak silnego uzależnienia dotychczas nie zlizywałam z palców. Wiem, że są to okrągłe, mokre zdania bo osad urazy stał się moim drugim ja. Zawiłość kompromisu oraz potrzeba współczucia dostarczały warsztatowi doskonalenia osobowości lakonicznych wzorów do naśladowania. Rozkosz z nadgryzania gorzkiej czekolady czyniła mnie bogatszą o kontynent smaku. Chyba dlatego pozostałam z własnej woli.

Resztę historii można zanucić sobie według chimerycznych upodobań oraz kalkowatości osobistych przeżyć. Proszę przy tym nie zapomnieć o motywie drobnej zbrodni, wywołanej dalszym wykorzystywaniem dobrodusznej naiwności. Może jestem jednokierunkowa lecz mam prawo pisać o różowych bliznach. Szpecą w dojrzałości te kształty, które mają za zadanie przyciągać uwagę mężczyzn. Bycie kobietą niesie obowiązki. Ja koślawię punkt widzenia po to, by inni docenili swoje umiejętności przy pokonywaniu etapów teleturnieju ‘Daj mi drugą szansę’. Nawet słodkie po czasie przestaje być słodkie. A słowami W. Szymborskiej ‘Nic dwa razy się nie zdarza…’.

(07/2001 – 09/2012)

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: