Wrzesień – Grudzień/September – December 1999

27 December 2009 at 19:11 (Poems/Poetry) ()

OSĄD
Spinamy znajomych
jedną klamrą blizn.
Szepty pustych głów
zawstydzają przed prawdziwym obnażeniem.
Koncentrujemy się
na zszywaniu reszty odchłani między zebrami.
Zjełczała obietnica
przykutych zakładników rośnie w piekarniku postępu.
Jemy szpilki na przystawkę bólu.
Dla znajomych widok ten jest relaksem;
Utwierdzali w przekonaniu
poświęcenia własnych szram
a otworzyli skrzynię – więzienie
na bezpodstawne wymierzenie kary.
Bronimy ? (01 wrzesień 1999)

W MILCZĄCEJ PRZERWIE
W milczącej przerwie na ignorancję
ziewamy liśćmi zmęczenia.
Kołyszą one mową; bezbronną, złośliwą.
Kołyszą marzeniami lukrowanymi.
Po przerwie fałszywy prawnik
prowadzi na smyczy szczeniątko – oprawcę.
Spacerują obok nas
z pogardą dla dziecinnych wizji.
Pełni wątpliwości,
wybiegamy naprzeciw obcym,
obiecującym bezpieczeństwo.
Wypychamy przerwę na ignorancję
przez klatkę ściekową na długotrwałe nasączenie. (02 wrzesień 1999)

WSPÓŁCZUCIE
Łkałeś pogniecionym ciałem
z nieskrzywdzenia
niewyspania
niedowierzania.
Powinnam współczuć,
bądź przynajmniej współczuć.
Współczułam? Łkałam.
Gniotłam pielęgnowane ciało
by współczuć twojemu.
Wydobyłam utracone bogactwo
z głębi szparek zrozumienia.
Ciągnęłam aż wyszło i nam pomogło. (02 wrzesień 1999)


(KIEDYŚ) PONAGLENIE
Urazy chowamy do cudzych słoików.
Krew przetaczamy z zatrutych od wybaczania ust.
Kolekcja miniaturowych pytań
poniża adresatów.
Wyczekiwana romantyczność
stygnie na tafli lodu.
Plecami stoimy, burzymy,
powracamy do popołudni
oblepionych bitą śmietaną i kostkami cukru.
Rozgrzane arterie częstują ponagleniem
nie o spłaceniu miłości,
ale spłaceniu długów. (03 wrzesień 1999)

LEŻYSZ OBOK
Leżysz obok powszechnych rupieci
w marazm odziany.
Pestki od wiśni nachalne wrony ci rozdziobały.
Nieważne, tandetne żywe obrazy
malujesz farbą, gnijesz od farby……
Poddany woli brutalnej zarazy
– środek werbalny.
Złożona pościel, zameldowanie
tasujesz karty dla oczyszczenia.
Wycinasz słonko i płotek,
tępisz nożyczki przy własnych zmartwieniach.
Zniknęło dawne – przybiegnie nowe.
Kto to zlecił,
że przesuwają tobą w tył i w tył
dla wyzbierania śmieci? (08 wrzesień 1999)

******
Przeniosłam się do drugiego pomieszczenia.
Kanał problemów łączy
pękaty pesymizm z leżącą pod nim wątpliwością.
Tu jest tak samo.
Takie same rachunki do spłacenia,
brudna bielizna, sen, głosy.
Czemu jednak zmieniamy postoje,
wzbogaconą rutynę nie stać na podziękowania.
Improwizuje znajomością szaleństwa.
My na jej podobieństwo
improwizujemy staniem
pod ścianą bezsensu. (09 wrzesień 1999)

SOBOTA (w)
Naczynia, kurz, placek jabłkowy
….. robiony z przyzwyczajenia.
Lokówki, papiloty, wysokie obcasy
zsynchronizowane z duchem zabawy.
Brokat szaleństwa wsypywany do ponczu
podnosi z ciężkich miejsc.
Zatrzymana przez przeznaczenie
unosisz się w chmury magicznych rytmów.
Przekomarzania wyciągają pasma fascynacji
jak czarnoksiężnik króliki z kapelusza.
Raptem wezwana do telefonu
przerywasz zdyszane serpentyny.
Ono znika.
Zadedykowana piosenka
utrzymuje przeznaczenie w ukryciu.
Wpycha w ramiona partnera
dyskretnie proszącego o coś jeszcze…. (09 wrzesień 1999)

NIEDZIELA (w)
Zatrzymujesz wspomnienie
zmierzające do szatni lustracji,
zapraszasz na filiżankę.
Wodzicie wzrokiem po nie
dopranych brzegach serwetki.
Faworyzujecie milczenie.
Waniliowy aromat znużenia
przyciąga, zbliża aż zablisko.
Raptem wezwany do telefonu
rozrywasz pulsujący szal.
Ono znika.
Na stoliku nie ma nawet filiżanki.
Iluzja przykleiła trzy gwiazdy,
ale wierzysz
w istnienie tego popołudnia
ze „wspomnieniem”. (09 wrzesień 1999)


MYŚLI WETKNIĘTE…..
Myśli wetknięte w automaty do kawy
pływają zabrudzone
stygnącym rozczarowaniem.
Toczą się po porowatych powierzchniach
z nadzieją dostrzeżenia właściwego rozwiązania,
wytłumaczenia wersetów spowiedzi.
Mieszana z mlekiem wrażliwość
odlewa z myśli filantropijne cele.
Nikt nie kwapi się
z wyciągnięciem myśli.
Automat popsuty, bezużyteczny
… one też. (12 wrzesień 1999)

ZWYCIĘZCA
Któregoś dnia długie mechanizmy oddechów
roztrzaskały prywatną skarbonkę na dary.
Wyeliminowana chciwość
podsuwała zagadkowe oferty
(zapisane formularze zgłoszeń)
ale zwyciężyła sprawiedliwość.
Poproszono o przemówienie,
udzielenie wywiadu, rozgłos, przepych.
Zanim dotarła do wyjścia ewakuacyjnego,
oddano pięć strzałów.
Dochodzenie, nagłówki, żałoba.
Zwyciężyła?
Współcześni wybrańcy zdobywają trofea,
zwyciężają oszuści.
Nadal.(22 wrzesień 1999)

LOS DAJĄCEJ
Wracała do klaustrofobii serca;
Wytyczonym szlakiem, rozlanym wermutem.
Póki impotenci płacili, reanimowała paradoksy
dla przekazywania wadium spełnienia.
Potem samotnie metafrazowała dokonane zbrodnie,
z których klienci mieli dwa procent
…zysku?
bywało jak w bajce,
bo bajek nie czytano jej w dzieciństwie.
Brak punktu odniesienia do dni niepodległości
kreował z niej ofiarę
świadomą masochizmu
na „papierowych” genitaliach. (26 wrzesień 1999)


WYDARZENIE
Cynizm przeglądał żurnale,
wertował w osobistych dyscyplinach.
Przybyłam na jego recital
gotowa oranż agresji wypełnić brawami, taktem.
Zblazowana publiczność zadurzona
romantycznymi sekwencjami,
wstawała z miejsc ku dominacji.
Z tupetem negowałam wartość tekstu,
ordynarnie postępując
z koniem trojańskim bohatera występu.
Do wieczora siedzieliśmy przez sobą.
Mogłam wybrać kino, teatr, dyskotekę
a znalazłam się przy nim,
jakby sama podświadomość
odbierała satelitą bigamii to coś wyjątkowego. (26 wrzesień 1999)

CZYJEŚ MIEJSCE
Zdegustowany morzem
może…
Grandilokwencja;
liczone zabawy w prawnych konwencjach.
Kastracja doznań, wykropkowanie,
usłane prozą wieńce na szaniec.
Wybrać dogodny kąt na przetrwanie
to raczej proste zadanie.
Kochać kukły liturgią wolności
zrównujesz z żargonem graficznych sprośności.

Brzmi zachęcająco. Pojedziemy tam? (26 wrzesień 1999)

OBIEG
Mozaika żądań.
Z uporem maniaka
przegrupowujemy blaszane epitety
w łatwą do powieszenia na sznurku bieliznę.
Cieknie agresją.
Gramami wątpliwości
odpoczywa przed zawołaniem
do pokonywania śmiałego etapu próżni.
Sucha wiatrem jutra
spoczywa w mozaice.
Żądania dzielą bunt na pół,
pakują, wysyłają adresatom.
Przegrupowujemy pocztę. (07 październik 1999)

CIEŃ
Poplamiłam cień kleksami materializmu
gdy w skorupie dreszczy
zrywał tapety ze ścian;
Przedzierał do szkieletu samotności.
Gołe niepokoje,
wewnętrzne zahamowania
nie odniosły właściwego skutku:
cień morduje formy nam pośrednie.
Przykrywa pleśnią
by uwypuklić swoje żądze.
Szkicuję podwójne cienie.
Symetryczne?
Symetrycznie cienkie.
Symetrycznie ciekawe. (12 październik 1999)


NIECIERPLIWI
Wystarczyło poczekać
na szmaragdowe spełnienie,
pozwolenie tłumaczenia bajki z morałem
na język zaplątania.
Zamiast tego zmęczony polot
ignoruje przepisywane
o piątej nad ranem niespokojne frazy.
Wystrugane jęki drukują z nic w nic,
przyspieszają w dojrzałości
schyłek korekt.
Wdrożeni.
Dręczeni.
A wystarczyło poczekać….. (24 październik 1999)

UKRZYŻOWANIE
Przesunęłam szafy w bok na twoje garderoby.
Wbijasz kościom stóp gwoździe.
Pokorne miłowanie rdzewieje.
Leżą drewniane niewiadome.
Ciągłe aprobaty zginają garby
we wklęsłe mosty.
Wykrzywione żebra więźnia – spustoszone pole,
szeregujesz znakami drogowymi.
Reguły ciasno obsadzone w pion
strzegą cię…. krotnie
ponieważ przeze mnie
ukrzyżowałeś ich. (24 październik 1999)

SZUFLADA
Szufladkujemy
w spróchniałych deseczkach
karty przepowiedni.
Szpanerstwo niczym wosk
pokrywa je żółtawą mazią pokory,
przetacza z popularnych papierosów
drobne literki – zapisy wydarzeń.
Gdy się nudzimy
deseczki fosforyzują widzów.
Wchłaniane postoje,
zanikające reakcje
manipulują szufladkowaniem….
nawet w pojedynczej zbrodni
niedokonanej procesem natury.
Odpady. (07 listopad 1999)

PONAD SKLEPIENIEM
Nad sklepieniem proporców wysokości
rozciąga się w jedną stronę rejs.
Natrętne: dokąd?
Zapomnijmy co woła nie dokończone echo.
Modyfikujemy ilorazy w iloczyny
niczym nasze obiekcje
w stosunku do zamierzeń rejsu.
Mała przystań czerwonego zatrzymania
rewiduje tych,
co przemycają pod poduszką ciemności
ostre zamiary.
W morzu skarg pływają pod prąd;
by zwrócić proporcom wysokości
strzelistość,
podziw za linię chmur. (13 listopad 1999)

BIEG
Biegniesz zbyt skoncentrowany,
nie zauważasz, że ma czarne pantofle.
Za dzisiejszymi korzyściami
gonisz z różańcem życzeń
i to niewymuszonym od złotej rybki.
Staje w czarnej pelerynie,
zakwita największym życzeniem.
Położyłeś w niej prędkość osiągnięć,
ale pomknąłeś w punkt bierny od strachu,
stary honorem wyśmianym na trybunach.
Za metą blednie w czarnych pantoflach i czarnej pelerynie.
Ściskany różaniec
odznacza potrzeby jednego krezusa
milionem chciwości.
Przefarbowane tętno wysiłku
odcięło nożyczkami,
jak odcina się pępowinę
by oderwać od noworodka element jedności.
Nie na czarno…(14 listopad 1999)

UBODZY
Niepozorni.
Spełniający swą powinność.
marginesowo,
przelotnie,
mimochodem,
budzą w kimś sympatię.
Wilgotni piwnicą nędzy
Mobilizują konflikty do osuszającego współczucia.
Samarytanie zubożałych,
do cna wyczerpani niepozornymi,
dyktują im regulamin obowiązków
jakby tamci nie znali go na pamięć!??
Wilgotne ściągi
oślepiły wszystkich sympatyków
– regulaminu. (14 listopad 1999)

W SPADKU PO DZIECIŃSTWIE
Chaotycznie spisywał
porozrzucane ślimacze nadzieje.
Dla formalności odmawiała
pustą ułudą dzieciństwa.
Zakrzepła złośliwość.
W kartonach ołowiane żołnierze
grają marsz żałobny.
Srebrzyste odbicia luster
Wywołują łzy obce reminiscencją beztroski.
Pomiędzy wgłębieniem a rowkiem
drewniane klocki budują azyl
powtórnych zmagań rozkwitania,
w gwałtownych reakcjach i namiętnych zarysach.
Suchość odmowy
wydaje niepowtarzalny krzyk,
wyzwanie na pojedynek jemu i jej.
Papierowymi szablami
tnie wątrobę aktywów oraz pasywów.(20 listopad 1999)

CIASTKA
Nagie miejsce otulone różową panoramą,
stygnie kruchymi ciastkami.
Wyśmienicie jest zatracić umiar
niewielką delektacją.
Chore uzależnienie wydziela
dzienne racje żywnościowe,
pomnaża ciastka jakby wiecznie służyły
za kuszenie w nagich miejscach.
Zamówienia piętrzą w sobie pospłacane długi bakaliowych serc.
Uwodzicielsko pustoszeją drobni pożeracze.
Jedynie sytość wygrzebuje
z kubłów kruche ciastka,
bo lubi smakować
oprawców gorących słodkości. (27 listopad 1999)

BIEG ZDARZEŃ
Ciemność piecze, ciemność pali.
Rozbawiony tłum na sali
sadystycznie bije w cienie
groźbą udręk i milczeniem.
Wstajesz z plotek niewyspany,
gardząc wersem wyszukanym
w pożegnalnym kuble śmieci,
który tłumnie na mnie zleci.
Ciemność dławi, ciemność ściska.
Sala brudna, mokra, śliska;
Aż utopi swą zdradliwość,
lecząc jedną, zgubną miłość. (06 grudzień 1999)

PYTANIE O GŁODZIE
Frywolnie delektuję się
cierpkim owocem kobiecego żywota
i zjadam z niesmakiem resztki stołu
o dosyć chwiejnych nogach.
Na kogo wypadnie
podcieranie ucztujących śliniaczkiem,
ten zmywa także z tekturowych powierzchni
plamy po wstydzie.
Kaprysy natknięte na wykałaczki
stoją ściśnięte w półmisku rozpaczy,
delektacją odgłosów
błądzą w miąższu mego łakomstwa.
Stoliczku będę wypasiona w tym sezonie
czy nie? (13 grudzień 1999)


POMIĘDZY CZELUŚCIAMI
Pogrążona w białych czeluściach
rozrywa przyspieszone tętno
na dwa pola walki.
Wiotczeje w sarkazmie przegranej,
przebija włócznią marzeń urojoną konstrukcję.
Apelacja skończona.
Zapomniane czeluście
wypychają ciężar swego ciała na krzesło obok.
Chwiejne nogi wytrzymują to do jutra.
Potem trzeba tylko liczyć na cud. (17 grudzień 1999)

PO ŚNIE NIC NIE ZOSTAJE
Sen przybliża pożądane sprzeczności,
wyciągając milimetrową batutę.
Hipnoza obiega talerzyk snu,
zadyszana staje po drugim okrążeniu
by móc się wesprzeć na okruchu ekstazy.
Z rozsypanej
układa harmonogram nocy
a i stos umytych talerzyków
stawia na barwnym kredensie.
Obudź się! Już po wszystkim.
Zapomniałeś. (25 grudzień 1999)

KTO TO?
Zgadnij kto wybacza
wzorom czystości okrywać się brudem brutalności.
Pusta, tradycyjna duma
miesza rozpieszczenie z pokrzywdzeniem.
Zbieracie owacje od zaniedbanych istot.
Zgadnij kto połyka
etyczne systemy wiary
ograniczonej, spalonej strachem.
Wytłaczacie kary z bólu sumienia.
Kto to taki?
Gdyby mógł pozyskać uznanie,
wymierzylibyście pokutę
za współczucie i miłość pragnienia.
Lepiej nie wiedzieć kim jest.
Makabryczna to przyjemność
w tych nazbyt przypadkowo wysuniętych domysłach. (25 grudzień 1999)

W CO SIĘ UBRAĆ ?
Rozpinasz we mnie
dawno uduszone przyjemności.
Ułożone do snu wypadają z kołyski;
Ponownie kładziesz, nucisz niesłyszalne groźby.
One spały przed twoimi narodzinami,
więc martwi wyrwą z kazania jedynie nić aprobaty.
Z przyjemnością się zapnę.
Szykowny ubiór samolubstwa
opina ramy kaprysów.
W tym co masz na sobie
przypominasz zdeformowane zdziwienie,
któremu zamiast błogich pieszczot
dałam płatki owsiane z mlekiem. (25 grudzień 1999)


TAFLA SZKŁA
Umieść szkło w piersi ludzkiej
by było przez nie widać jego prawdziwe myśli.
Skórzany pokrowiec tkanek i krwi
zjełczały pyłkami ubolewania
nad możliwością skaleczenia,
a sumieniem tuszowania blizn.
Wśród krytych przejść,
honor zmęczony polemizacją kto godny respektu,
wydzielałby humor bezstronnego sędziego.
Dopóki powłoka cielesna nie pokryje się zmarszczkami,
przenikające promienie zwyczajnie odbiją
pogmatwane dla oka linie.
Nikt nie zdoła przejrzeć szkła
na wskroś. (29 grudzień 1999)

PREZENT ŚLUBNY
Bogini ceregieli
przytoczyła wypróbowanym
kolejny przykład zakłamania.
Certowali się czy
wpiąć do segregatora te dane.
Wpinali. Wypinali.
Siła perswazji szarpała nimi dopóty,
dopóki Bogini nie wyszła za mąż
i została kurą domową.
Co mieli zabrali przeciwnicy
dla własnych córek…… na wiano. (29 grudzień 1999)

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: