Styczeń – Marzec/January – March 1999

1 December 2009 at 21:49 (Poems/Poetry) ()

CIAŁO LUDZKIE – ŚWIĄTYNIA
Wczorajszy niepokój odmówił trzy pacierze,
żegnając ukłonem pustą świątynię.
Powycinane z magazynów zdjęcia
wtaczają się do wnętrza,
tego nieprawdopodobnie chłodnego pomieszczenia.
Leżą pogniecione, zniszczone,
obmyślające strategię nowego położenia.
Świątynia z pobłażaniem zerka na swoich wiernych.
Nawet ona potrzebuje zwracać się z prośbą
o urodzajne plony swojej pracy. (08 styczeń 1999)

SPŁATA
Skryłeś ją za fotografią na fortepianie.
Wygłodzony organizm zemdlał;
Upadła, burząc dotychczasowy porządek.
Przyjechała karetka,
wzbudziła ciekawość….
gapie wypełnili ramy okien komentarzami.
Ofiarowali ciekawość oraz wścibstwo.
Zaszywszy wargi dratwą,
poszedłeś do banku po pożyczkę.
Byłeś nawet w kościele pomodlić za jej zdrowie.
Odeszła, by mdleć za fotografią na fortepianie-
Winna równoważności pożyczki bankowej. (25 styczeń 1999)

MĘSKI MEŻCZYZNA
Zanurkował w książkowych przypadłościach.
Owładnięty żądzą posiadania,
dał się uwieść klasycznej intrydze.
Podstępem wymazał rozdziały,
zahaczające o jego prywatność.
Usunięte poszlaki to nie wszystko….
Zadowolony mężczyzna
promienieje męskością;
odwiedza kobiety,
dodające punkty do wyroku ławy przysięgłych.
Skazany. Winny. (26 styczeń 1999)

KOBIECE KOBIETY
Próżne jąkanie,
sarkazm wyjęty z gardła,
wszędzie pończochy.
Aż strach je dotykać.
Podchody, zakamarki – stoją za wami.
Kuszące wonie, matowe skronie.
Czerwone usta proszą.
W koszyczku pojękuje pastylka.
Zjedz ją kobieto!
Przytyła od dużych kłamstw.
Pod pastylką leżała kartka:
zabij się, ale nie zabijaj innych.
Kobiecość – jakaś ty łatwowierna. (28 styczeń 1999)

ZWYKŁY DZIEŃ
Patrzysz z drugiego końca kawiarni.
Jak ja nie lubię takich natrętów.
Mam mało lat,
myślę o księciu z bajki, nowej spódnicy i urodzinach Anki.
Piję kawę, ale ręce mi drżą… bo patrzysz.
Skrępowanie wyzwala chęć głupich gestów.
Pokazałabym język, gdyby nie twoje zęby…
Masz ładne zęby.
Coś mówisz do kelnerki… zerkacie na mnie….
lepiej już pójdę.
Zostawiam napiwek, nadgryzione ciastko i plasterek cytryny.
Echo słów kwaśnieje w ustach, mogłam zjeść to ciastko.
Jeśli to ty byłeś moim księciem z bajki,
gdzie twój miecz i koń?
Poszłam, bo byłeś taki zwyczajny. (28 styczeń 1999)

SIEĆ LAT
Powlekamy ciała pajęczynami
dla dodania sobie lat.
Dorosłość wysusza z fantazjowania o zbłąkanym,
starającym rozplątać z naszej sieci.
Mruczymy w poplątanym kłębowisku.
Zanikamy. (30 styczeń 1999)

ZABITYM
Brudnymi od lukru palcami dotykasz brokatu.
Porozrzucałam go detektywie,
abyś znalazł miejsce zbrodni.
To przykry widok,
zważywszy, że znajome twarze.
Czy na świecie nie jest tak,
iż ktoś odchodzi i ktoś przychodzi.
„Ale” zgaszone ciężarem ust, umyka na swoją wyspę.
Mieli pstro w głowach, żetony w kieszeniach,
alkohol w źrenicach, tamburyny w dłoniach.
Występ za występem zwiększał ryzyko.
Brokat albo dowód.
Strzał. (05 luty 1999)

JULIA
Mogłam być Julią
ze skrzydłami pod sukienką
i wylądować na marmurowym balkonie.
Poszłam natomiast do szkoły,
by niweczyć plany historii.
Jestem Julią,
usuwającą rejestry szufladek.
Bałaganię umysły zarażone prostotą.
Kpię z nich, gdyż tylko ja wiem jak to robić:
Nawlekam nitkę na igłę,
wybieram najprostszych,
kłuję delikatnie, potem coraz mocniej.
Po wyładowaniu całej złości,
wyciągam z szafy skrzydła.
Odlatuję do swojego kraju.
Mogłam być perłową Julią bez słabostek.
Jestem Julią wabiącą ku sobie anonimowych. (09 luty 1999)

ZAKŁADNICY
Skneblowane kukły
mają czarne paznokcie od mocowania ze sznurami.
Niewyspane, głodne
słyszą głos radia, dom obok.
Rutyna przyczaja się na blaszanym dachu
dla przypatrzenia bezwartościowym zakładnikom.
Terroryści po wydaniu
uroczystego bankietu na cześć zwycięstwa,
zwracają kukłom
w kopercie ich honor
….. z plikiem agonii następstw. (11 luty 1999)

MAŁOMÓWNI
W porcelanowych postaciach
akumulujemy nagłe pasje.
Same sobie pomagają upaść z wysokich pięter
na mielizny klęski.
Odrębnymi kawałkami podcinamy skrzydła –
zbyt stanowczym i upartym.
Mimo pory na obiad
oczyszczamy pasy podłóg z delikatnych ozdób,
które zwykły przykrzyć się
małomównym małżonkom.
Małomównym przyszłym małżonkom. (11 luty 1999)

HANDEL
Błaznujemy byle gdzie, byle z kim.
Pieczemy szarlotki z jabłek niezgody.
Sok kapie rzęsami w dół.
Melodramatyczny ton spekuluje
kilogramem owoców na cenie uczciwości.
Mały sprzedawczyk z zezem
targuje między nami błaznującymi,
a zgniłą częścią zamorskich frykasów. (13 luty 1999)

ROZCZAROWANIE
Choć biegniesz przed siebie i widzisz swój zamek,
ukryte za mgłą szepty lub śmieci.
Przetrzyj snów szybę mlecznym szalem,
porównaj gdzie bawią się dzieci.
To przecież tutaj doświadczeń zdobytych
paliłeś na stosie dla niepoznaki,
wśród których leżał zabity
pajacyk kaleka na ludzkie wieszaki.
Dały ci dzieci z jabłka słodycz,
kroplami cieknącą po brodzie.
Mogłeś odkrywać złe jego strony,
czekając z innymi na mrozie, o głodzie.
Poznawszy przeszłość stanąłeś w miejscu.
Podarty szal, zburzony zamek.
Krzyk dzieci odleciał kluczem żurawi
z przywiązanym szeptem.
A w mlecznej toni ktoś puścił za ciebie
z drobnych kwiatuszków upleciony wianek. (07 marzec 1999)

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: