Wrzesień – Grudzień/September – December 1998

30 December 2009 at 0:43 (Poems/Poetry) ()

PORZĄDKI
Cichniemy z powracającym echa tchnieniem,
mocząc pranie w zimnej wodzie.
Ocieramy o wilgotną skórę,
ale wzajemna szorstkość hamuje przypływ
dobrych bodźców.
Z morzem dociera sól wydobyta z dna.
Suszony na sznurku parasol
kapie kroplami wyludnienia.
Zebrane w koszyku, jak grzyby, słowa
porywają te krople.
Drugie pranie robimy w nich.
Sól soli nie równa.
Zmęczenie z pewnością… równe. (27 wrzesień 1998)

*****
rekrutacja
racja
monopolizacja
informacja
manifestacja
urbanizacja
likwidacja
argumentacja
dezorientacja
spekulacja

A co z nami ? (28 wrzesień 1998)

NA KONIEC
Jestem obok twojej logiki-
– w pół żywa, ale bogata.
Grasz o sobie samym,
ale tyle w tym pomyłek.
Czy aby podołasz temu scenariuszowi?
Mnie zwolnili już dawno.
Ta historia się źle skończyła.
Zapalé papierosa,
by zgasić się w niedopałku.
Zgnieciony pod ciężarem buta

wymyśl wytłumaczenie,
dla którego miałabym spodziewać się
czegoś więcej po sobie.
Jesteś obok mojej logiki-
– żywy, ale biedny. (27 wrzesień 1998)

KOLEJKA
Kolejka po szczęście jest długa.
Stoimy daleko.
Zmuszeni do czekania liczymy pieniądze.
Ktoś kogoś przepuścił.
Za plecami wszczęto kłótnie.
Rozpadają się pomału układane przez lata klocki.
Szczęście musi być najstosowniejszym akcentem
prozaicznie wylęknionego świadomością
istnienia snem.
Nieoczekiwana wiadomość karze wracać.
Dzięki niej inni będą o jedno miejsce bliżej.
My poświęcamy czas dotychczasowym sprawom,
obserwując powracających z rozczarowaniem na twarzy….
oni na pewno stali w złej kolejce.
Zbyt mało za szczęście zapłacili. (27 wrzesień 1998)

ZAWIEŚĆ SIĘ NA…..
Drukowane litery ostrzegają.
Zabiegane, zdyszane wylewają z ust
dawno przeczytane wiadomości.
Podskakują do góry,
a żółty wiatr zgarnia każdą z nich do worka.
Zdążyliśmy go chwycić,
wytrząsnąć całą żółć,
zabrać worek.
Zamiast liter znaleźliśmy w środku liście-
Całe zamieszanie oddało obcą część.

Jutro drukowane litery będą ostrzegać,
ale kto je posłucha ?
Z premedytacja uciekają
w okolicznościach tylko im znanym
przed: przecież już wiemy! (29 wrzesień 1998)

PO LATACH
Rutynowe misje.
Bez zaangażowania.
Ciągną welon smutku.
Wiele panien młodych
upadło w krwawe ramiona błędu.
Popsuło nasz stereotyp pełnoletności.
Ciernie, nagrywane sprzeczki,
pomniki codzienności.
Mamy przyjemność mienić wszystkimi kolorami,
aby otulająca czerń była tak blisko,
jak mijające reminescensje.
Więc, ci co znoszą katusze
niech robią to gdzieś indziej.
Tu wybudowano plac zabaw
dla grzecznych dzieci. (29 wrzesień 1998)

CHOROBA
Kiedy udajemy,
że panująca wokół harmonia
udziela się naszemu nastrojowi,
oni widzą to.
Okłamujemy za aprobatą sztucznych uśmiechów
czy nijakich potakiwań.
Żerujemy na wspólnej świadomości
oddalonego celu.
Wycofujemy z dalszych pytań
na rzecz kurtuazji.
Po angielsku otwierając parasol,
odgradzamy od deszczu zwyczajnych chorób. (30 wrzesień 1998)

ZAZDROŚĆ
Odgradzamy wysokim żywopłotem:
aby w swojej posesji
napawać widokiem namalowanego obrazu.
Trzyma nóż, ponieważ zaatakuje płótno.
Poskromiona przez własny temperament,
zwinie w papier arcydzieło
i podrzuci pod czyjeś drzwi.
Zapomni o narzędziu zbrodni
nazywając je oprócz zazdrością,
historią, której dała początek. (04 październik 1998)

MOJA LITANIA
Moja litania.
Czekanie na widowisko.
Proszę opuść skorupkę
tak jak opuszczałeś ją dotychczas.
To prostsze niż oczekiwanie
na kilka staromodnych scen.
Rzadko rozmawiam,
gdy złożone do pacierza ręce
każą pokornie błagać o twą wielkoduszność,
daleką prawdziwej dobroci.
Bliżej spoczęło rozszarpywanie wnętrzności
osoby gotowej na poświęcenie
swoich najważniejszych wartości.
Pokutujemy. (06 październik 1998)

PO KŁÓTNI
Zabawnie wyglądamy
w źle skrojonym kostiumie.
Dzięki sile rozgoryczenia
tniemy go nożyczkami.
Dziwaczne wzory rysują nieruchome zygzaki w powietrzu
ku pokrzepieniu żarłocznym wilkom.
Przeskakujemy z kamienia na kamień
i tylko echa nam brak,
po którym rozchodzące się głosy
spowiłyby ciszą wszelką złość. (06 październik 1998)

OSTATNIA PRZYJEMNOŚĆ
Potulni Panowie
spoglądają na Panie.
Wszyscy fantazjują.
Powietrze gęstnieje od głębokich westchnień.
Pierścionki wędrują z ręki do ręki.
Diagramy wypełnione są plotkami.
Ponownie drwią
z wzniesionym do góry toastem.
Panie mdleją pod stołami.
Za mury tego świata
przedostał się jeden Pan i jedna Pani,
by wyjadać tropikalne owoce albo wysyłać na eksport.
Sprzedają nielegalny towar,
ale Panowie i Panie muszą fantazjować. (07 październik 1998)

NAZBYT GŁOŚNO
Hałas kroczy pod przymusem,
oczekując zachęty do działania.
Gdy przystaje, błąka pomiędzy ratowaniem a zniszczeniem.
Piramida wstrząsów rozsypuje go,
zapewniając sobie nieśmiertelność.
Nagrany akt walki
jest po wysłuchaniu
balsamem dla ciała, liryczna piosenką.
Wrzucam jedynie monetę do grającej szafy,
a reszta sama wraca. (08 październik 1998)

RUTYNA
Zmęczenie miesza kubki herbaty,
wyręcza z domowych obowiązków.
Dzięki temu mogła nie tak dawno poznać chłopaka,
zarażając go swoją chorobą.
Kopciuszki też się odchudzają, dbają o wygląd.
Inaczej nie miałyby powodzenia.
Pomimo ogólnej przeciętności,
możliwym bywa wybicie się ze skafandra,
w który ubrała ją loteria,
w który ubierają ja zachłanni gracze. (09 październik 1998)

BĘDĄC ORYGINAŁEM
Kopiowanie siebie
warunkujemy komplementami i przyzwyczajeniami.
Oczywiste bezpieczeństwo.
Uzyskane kopie wręczamy
napotkanym wagarowiczom.
Owinięte w nie plotki bądź kanapki
szybko znikają za parawanem.
Mordercza wyliczanka eliminuje kopie.
W drugiej rundzie oryginały
z dokuczającym bólem głowy kradną książki.
Czytają o szansach,
które same zmarnowały.
Podkreślają dialogi
jakie nie użyły w identycznych momentach. (24 październik 1998)


SŁABA WOLA
Wstajesz z krzesła
cięższego niż postanowienie o podjęciu decyzji.
Odsuwasz aby stanowiło symbol odtrącenia.
Morderczym wysiłkiem
zmuszasz nogi do balansowania
na narysowanej kredą linii.
Wasza odległość przyciąga cię.
Manipuluje.
Chwiejesz się na linii.
Gdyby nie spojrzenie w dół,
zdobyłbyś tron z naprzeciwka
…… przeznaczony dla odważnych. (24 październik 1998)

ALARM
Budzisz z niesmakiem w ustach.
Spoconą od łez poduszką
zgniatasz w martwej dłoni.
W poszukiwaniu zagubionego skarbu,
ciskasz w ścianę budzikiem.
Odbity od bieli element pęka.
Grające pozytywki monotonnie kręcą wokół osi
każde przekleństwo.
Wijąc niczym wąż,
połykasz smaczną przynętę.
Nocna lampka alarmuje mieszkańców bajkolandu
o natychmiastowej ewakuacji;
kuchennymi drzwiami
wprost do jaskini nieświadomości. (26 październik 1998)

ZADANIE
Interpretujemy wspak dwuznaczności.
Bez specjalnych przygotowań
okratowujemy puste ramki dzikich namiętności.
Zbyt często dochodzi do konfrontacji,
aby uśmiechem ugasić pożar.
Gdzieś tam wysoko z góry
oglądamy nakręcony film.
Chciałoby się wielu rzeczom zapobiec,
ale brak prostoty
wypełnia luki w nieprawidłowych ćwiczeniach. (29 październik 1998)

STRZYKAWKI
Lekkie latawce
fruwają nad długimi rzekami żył,
zatapiają w nich warkocze wstążek.
Umoczone w krwi, ociężale wzbijają do góry.
Zgorszeni, łapią je siatkami na motyle.
Niesmak spływa kroplami z ust….
Po szyi nabrzmiałej z wycieńczenia. (22 grudzień 1998)

NIE TA SAMA
Pękł balon
na brudną od tuszu ścieżkę łez.
I chodź serwetką wycierasz,
rzęsy zabiorą ci wstydu dowody.
Zastygłe w szoku figury
bez skrupułów wywracasz na podłogę,
aby były winne za centymetry pomyłek.
Wieczorem ponownie zasiądziesz przed toaletką.
Monotonnymi ruchami nadasz kształt farsie. (25 grudzień 1998)

CZYJA TO KOBIETA ?
Skuszona.
Krucha naga kobieta.
Reprezentantka słabej woli
w sidłach kusicieli.
Katuje ciało
aż do pierwszych objawów zmęczenia.
Jak niewolnica oddaje to co ma swojemu Panu.
Martwy byt okłada kostkami lodu
po wylaniu z kieliszka alkoholu.
Wstyd nie pozwala na nie.
Chciwość głosuje za jeszcze.
Ubierzcie ją, ponieważ prowokuje. (25 grudzień 1998)


*****
W skojarzeniach
nadgryzanych z boków.
W sygnałach
pośpiesznie podawanych.
W przyjemnościach
ćwiartowanych przez czarowników.
We mnie siedzi plastikowa lalka.
Pomaga zapalać bądź gasić lampkę obok łóżka.
Pod pościelą zakopałyśmy naiwność i morały.
Unikamy skojarzeń
wysyłanych sygnałami.
Za dodatkowe przyjemności płacimy dwa razy więcej,
by kontrolować odjazdy
zakazanego pociągu. (29 grudzień 1998)

DZIEŁO
Przybieram kształt marionetki.
Sprawiam sobie modne ubranie.
Gram człowieka bez ambicji-
Ułatwiam mu proces ocknięcia się z sofistycznego rozumowania.
Wdrażam w niego obowiązek
systematycznej pracy.
Wydaję dzieło swoim nakładem.

Tym dziełem będzie łóżko.
Łóżko – podstawa snu. (30 grudzień 1998)

GDY JEST JUŻ ZA PÓŹNO
Wywrócono obumarłe krzesło,
tak aby ktoś na nim usiadł.
Zabłąkany desperat szukał schronienia.
Znalazł tutaj.
Ugrzązł w krześle,
przyklejony życzeniem odpoczynku.
Znudziły go marnotrawione godziny.
Siedział.
Po roku krzesłu wyłamał nogi.
Rozpłynął się w wodospadzie łez.
Zamknął w żelaznej klatce,
by malować obumarłe krzesło,
czyniąc rzeczy go otaczające mniej gorzkimi.
Czy to ma jakieś znaczenie?
Chyba nie, bo jest za późno. (30 grudzień 1998)

Advertisements

Permalink Leave a Comment

Czerwiec – Sierpień/June – August 1998

30 December 2009 at 0:35 (Poems/Poetry) ()

WYBÓR
Budzę się do życia
ze wschodzącej gwiazdy.
Niczym muślin siadam
na zastygłych z przerażenia rzeczach.
Klęczę do porannej modlitwy,
przywołując w pamięci obraz znanej osoby.
Ona obserwuje mnie przez dziurkę od klucza….
wbrew kategorycznym zakazom.
W swej pozycji nieruchoma drętwieje,
aby nagle unieść się
I wyjść na zewnątrz.
Wpadamy – zahaczamy ciałem o ciało.
Stojąc wciąż między jednym a drugim
wybieramy to, co niesie ze sobą mniej zła.
Jeśli uniknę wydatków – reszta będzie wyborem niedokonanym,
on później obudzi się na przeciwległej gwieździe. (02 czerwiec 1998)

KAWA
Dosypujemy kawom zbędnej trucizny.
Szczątki kłótni, kłamstw, intryg
opadają na dno filiżanek.
Zabrudzone łyżeczki rażą z tłem bieli.
Wypijamy w pędzie wystygłe i niesmaczne.
Każdy łyk pozostawia w gardle gorycz
trudną do przełknięcia.
We własnych mniemaniach umyta zastawa
świadczy o samooczyszczeniu.
Tymczasowo oddane brudy
wracają za następnym razem.
Jeszcze ciemniejsze i pozbawione cukru,
ponieważ on nic nie jest w stanie osłodzić. (03 czerwiec 1998)

W DESPERACKIM CZYNIE
W zmęczeniu co siada na nogach
kopiuje się dusza samotna.
Zaczytani w reklamach i nekrologach
wystawiamy oferty przez na wpół otwarte okna.
A każda przegrana nie czyni różnicy między nami.
Tak samo do futryn skrada
by raptem poruszyć martwymi nogami
i usiąść okrakiem jak zwykle się siada. (03 czerwiec 1998)

BEZ CZEGOŚ
Odlatujemy do miejsc bez przyszłości.
Zapisana wiadomość jest dla pozostałych bez znaczenia.
Bez niej zagraża nam w dalszym ciągu hipokryzja.
Ze świadomością skojarzeń i bez świadomości,
zakopujemy w schowkach poniszczone dowody.
Dowody bezcenne.
Dowody odlotów kolejnych szybowców,
bez żadnego zabezpieczenia przed wypadkiem.
Bez paraliżującego „bez”. (03 czerwiec 1998)

MOGŁO BYĆ INACZEJ
Pętelki zdarzeń
owijają sobie nasze paluszki
wokół własnych spraw.
Czujemy się docenieni.
Ta ważność powoduje
w pewnym momencie strach przed błahostkami.
Śmiech niczym paradoks niweluje chemię ciała.
Szaleństwo.
Prostota chcąc pomóc
zabija w szybkim tempie rozproszone impulsy.
Zamknięci w szklanych akwariach
szczelnie kryjemy to, co mamy do ukrycia.
Przychodzi dzień, noc….
potem z przykrością stwierdzamy,
iż mogło być inaczej. (07 czerwiec 1998)


WYBACZAJĄC SOBIE
Może należałoby zacząć od powiedzenia:
Bardzo ci dziękuję.
Czasem nie rozumiałeś wszystkiego, co robiłam.
Znosiłam to ze spokojem
jak przymaławe ciuszki dziecka.
Wyrastałam z nich.
Następnym krokiem było odejście.
Byliśmy oboje przygotowani i bardzo ładnie
wypracowaliśmy pożegnalne chwile.
Uspokoiłam gniotący materiał pamięci,
wyszyłam na nim nasze inicjały,
skroiłam wdzięczność,
ponieważ zależało mi na tym.
Każdy człowiek przypominać mi będzie kogoś,
kto był mi bliski.
Czy to ty? Nie. To ta głupiutka dziewczyna,
za którą szalałeś, a której ja wiele rzeczy zazdrościłam. (08 czerwiec 1998)


SZUKAJĄC WYBACZENIA
Gdy nie wystarczy kilka przekonywujących sformułowań,
przychodzi czas na pożegnanie.
Odbite w lustrze marzenia
dławią się utraconymi złudzeniami.
Historia przypadków schowana za rogiem ulicy
chciałaby zrobić sobie na przekór,
ale nie może.
Kupuje czerwone róże
i idzie z przeprosinami do wypalonych samotników
szukać wybaczenia. (23 czerwiec 1998)

FOTOGRAFIE
Wywołanych kilka fotografii
zieje chłodem oczu, martwych rąk utęsknieniem.
Co minęło wraca…… do łask,
wygrzebuje z pamięci zbędne odpadki.
Nasycić się można nimi będąc żebrakiem
nie podjętego ryzyka.
Podcięte skrzydła przykuły ciało do ziemi.
Wyrywały się czując swąd.
Płoną fotografie.
Puste ramki, zwolnione z zadań
żądają nowych fotografii. (23 czerwiec 1998)

GDZIE JESTEŚ ?
Ciągnące się po podłodze cyferki stają w jednym miejscu.
Obserwują rozwścieczony kalendarz,
Pokornie przepraszając.
Wczoraj były czyjeś imieniny.
Nikt nie zapisał daty.
Pojawia się zbędne „ ale”.
Czy to jest tak ważne?
Można rodzić się i umierać bez wyliczeń.
Odchodzić miarowo, albo nagle znikać.
Ważniejszym jest czuć swój byt
w zamglonym realizmie powtórnego dogorywania
….. w swoich bezmyślnościach.
Gdzie nasz optymizm? (24 Czerwiec 1998 )

W POGONI ZA FAKTAMI
Insynuacja
zrywa pierwsze kapelusze z głów.
Rządzi domysłami.
Upokarza je – niesłusznie.
Po promocyjnej cenie sprzedaje fakty.
Zbyt biedni, aby je kupić przegapiamy obniżkę.
W aptece czekają już na nas
pigułki uspokajające.
Nafaszerowani głupstwami,
nadmiarem bzdur i kłamstw
gładzimy łyse głowy
przed sklepem z galanterią. (24 Czerwiec 1998 )


W MORZU
Ludzie są podglądani
przez dziurki od kluczy.
Wszyscy wydają się niestrudzeni w tym, co robią.
A ponadto wyprzedzają
w coraz nowszych odkryciach;
zaniedbują stare.
Niedokończone sprawy
bywają ważniejsze od pogrywających ambicji.
Fala przypływu cofa ludźmi,
aby nie utonęli w morzu niedoświadczonej zguby,
w których chcieli widzieć
wygraną ostatecznych zmagań. (25 czerwiec 1998)

MARZENIA
Załóżmy, że stanie się tak,
jak byśmy tego chcieli.
Czy będzie wtedy ktoś mógł
zjeść ostatni posiłek,
popić go kryształową wodą,
odejść od stołu…
Nie wybrzydzajmy.
Bycie zwykłym człowiekiem to obowiązek.
Obowiązki należy wypełniać.
A pojawiające się czasem pokusy wystarczy przełknąć.
Milej jest marzyć o tym, czego nie mamy.
To powód do bycia oprócz zwykłym człowiekiem,
kimś niepowtarzalnym i niezwykłym. (25 Czerwiec 1998 )

ANKIETA
Skreślamy ankiety albo upodabniamy do śmieci.
Usytuowani w jakimś otoczeniu
wyrażamy humanitarnością
komfort bezpieczeństwa i możliwość schronienia.
Zapełniamy statystyki schematami.
Analizując dotychczasowe braki,
napawamy się jeszcze większą odrazą
do kartek, w których każą nam
zmieścić swoje życie.
Być ponad, być rozległym i obszernym opisem
……to perspektywa nowego wyzwania…………
inny zestaw ankiet.
-tak. Leżą na wyższej półce. (28 Czerwiec 1998 )

WSZYSTKO NA SPRZEDAŻ
W każdym przychodzi
ochota na uwielbienie.
Rozbudzonymi ogniami przeszły jak po ciele ciarki.
Niezliczona ilość przysiąg
z wyczerpania wątpi w siebie.
Tutejszy zwyczaj dyktuje godzinę uwielbienia.
Burzliwa, rozpasana, rozhukana namiętność,
Zręcznie pożera spodziewających się.
Dzikie żądze nasłuchują
powstanie bladych rumieńców.
Przed prawdziwym rajem
wywieszono tabliczkę: „ Na sprzedaż”
Ktoś nas uprzedził. Wykupiony. (28 czerwiec 1998)


ODKRYCIE
Bohaterowie dnia wczorajszego,
upadłe maski sądu wiecznego.
Myśliwi, zastygli w klepsydrach odzysku,
słabi, maluczcy, zwolnieni z ucisku.
Sprawiedliwości stanie się zadość.
Przygotowany transparent z napisem: nagość.
Otumanieni i pijani, w błogosławionym geście,
resztę padliny lwom na pożarcie nieście.
Porwane racje, głupie kłamanie,
dzielące od wieków niebiańskim posłaniem.
Martwe odkrycia o brzasku –
– zakopane głowy w przybrzeżnym piasku. (03 Lipiec 1998)

LISTA KUPIONYCH ZAKUPÓW
Udawać, że się czegoś
nie rozumie, widzi, słyszy.
Insynuować naszkicowane w powietrzu dowody.
Zachować pozory niewinności,
w nadrabianych minami wielokropkach.
Budzić z letargu biografie:
Pośredników dat ważności.
Akcentować luksusowe banialuki.
Egzekwować nieposłuszeństwo. (03 Lipiec 1998)

ZYSKIWANIE
Potrafimy odjechać, nie wrócić.
Teraźniejszością zamydlić oczy,
by patrząc na znajomą twarz…
po prostu minąć.
Przyzwyczajając do obecnych obowiązków
tęsknić za tym, co było.
Znosimy wiele, ale nie wszystko.
Jeśli akceptujemy lub bronimy siebie
przed krainą cieni;
rozwodem – niekoniecznie małżeńskim
odzyskamy utracone lata.
Odseparowany kawałek pysznego ciasta. (03 Lipiec 1998)


JABŁKO
Obierając jabłko, poprosiłam
by nigdy nie traktował mnie poważnie.
Przytłoczona ciężarem zjedzonego z owocem słowa,
mogłabym umrzeć, uduszona odpowiedzialnością.
To samolubnie lekkomyślne widzieć
tylko konfitury, dżemy.
Jabłko – przeżytek odrzucony w zwyczajnej szarości.
Więc nie przecz, że oduczyłbyś mnie
obieranie jabłek
i zjadania swoich owoców dojrzałości. (05 Lipiec 1998)

O PRACĘ
Przy kawie szukamy ogłoszeń o pracę.
O więcej pieniędzy.
Słodzisz? Od kiedy?
Kolejny wydatek, dodatek do kawy.
Zatrudnieni, trwonimy zarobki
na zbędne przyjemności.
Przy kawie szukamy ogłoszeń o pracę
z lepszymi od poprzednich wynagrodzeniami.
Nie słodzisz? Szkoda. Ja zaczęłam.
Na to nas jeszcze stać. (05 Lipiec 1998)

WIATR
Oplótł bezwładnym ramieniem me ramię
poczym klęknął, wijąc wokół kostek.
Cofnął do tyłu.
Raptem całą swoją siłą przylgnął do mnie.
Trzymał w objęciach.
Rozbierał.
Przejmował dreszczem w wstydzie nagości.
Oglądał z każdej strony,
A pieszcząc uda posuwał się dalej.
Dalej… dalej… wyżej.
Przestań wietrze. (05 Lipiec 1998)

EROTYK
W pełni szukam inności;
Szczelin miedzy naszym ciałem.
Dzisiaj maluję usta na czerwono.
Jutro będę dawkować czerwone fantazje.
Zaspokoimy pierwszy głód
lizaniem miodu ze spodeczka.
Poparzysz mnie kwasem zaufania,
a wtedy wyleję wrzątek wierności na twoja głowę.
Z podartych ciuchów zacznie sączyć się woń pożądania.
Krzykliwe oczy skażemy na dożywocie ślepoty.
Strzała amora przeszyje nasze ciało.
Będziemy straceni. (05 Lipiec 1998)


WIELKA SZKODA
Codziennie ta sama ściana szkła
lustruje wzajemne potrzeby.
Zostawiłeś samą,
z wszystkim co mi niepotrzebne.
Oddalasz nas,
łapiąc ostatnie krople łez
z górnych krawędzi oczu.
Mokną w wiaderku
postawionym między nami.
Tak zwyczajnie czekają na coś.
Zasłaniamy się firankami
przed niepotrzebnym bólem
i opuszczamy ścianę szkła z rezygnacją.
Szkoda, że nie rzucisz już we mnie swoim sercem. (13 Lipiec 1998)

DOŚWIADCZENIE
Wydarzenia,
które równie dobrze jak istnieją,
mogłyby nie istnieć,
sprowadzają życie psychiczne
do bycia wieloma zagadkami.
Wypowiadamy coś rozsądnego.
Marnujemy wzbierającą w nas ochotę na szczerość.
Zamykamy powieki
krwiste zachody słońca.
Już za późno.
Pomylilibyśmy wiele aby z zakamarków duszy
wyciągnąć wiązkę jasnego światła.
Niezauważeni
zestarzejemy się z ciałem. (17 Lipiec 1998)

NIEPEWNOŚĆ
Patrzyłam a nią ze strachem,
który niespodziewanie wtargnął
do skarbca lekkich perypetii.
Pomiędzy szantażem a namolnością
zlizywała z palców słodycz
…… dla mnie aż za słodką.
Kręciła filmy ku czci
wzniosłego przywiązania i oddania
mojej osobie.
Dodam; porzuciłam ją tak szybko
jak szybko wrzuca się zbędne papiery do kosza. (20 Lipiec 1998)

PRZESZŁOŚĆ
Pozostają i ustają krzyki.
Za mglistym parawanem marzeń sennych
brzydkie maskotki
wystawiono na pastwę podglądaczy.
Zgaszono światło.
Tym, którzy chcieli uczyć się
i tym, którzy bali się ciemności
pozwolono czasami żałować
nie dochodzących do ich uszu krzyków.
Wyłączono prąd. Opłaty nie dokonał abonament. (02 Sierpień 1998)

PRZYSZŁOŚĆ
Zbyt blisko niej stoimy
by móc uciec.
Omiatamy wzrokiem paryskie kawiarenki.
Rezerwujemy miejsce na zaś…
A zaproszeni goście potulnie oczekują
oprócz podziękowań, słów zachęty.
Wiatr wygania z salonu do przedpokoju,
gdzie mamy pod plikiem dokumentów
znaleźć notatkę z wczoraj….
Bardzo prawdopodobne,
że nastąpiły zmiany.
Od nich trzeba się dowiedzieć,
gdzie udzielane są dalsze informacje;
Może przyjmą kartę kredytową. (03 Sierpień 1998)

WYBÓR
Obojętnie przed czyimi uczuciami się wzbraniamy
auto ironia powstrzyma nas.
Z samo sugestią siądziemy przy kawie,
porozmawiamy o dalekich choćby libido
aspektach pożądania.
Wrócimy do pożółkłych książek,
znajdziemy kilka oczywistych prawd,
które służyły niczym knebel,
a teraz same obezwładniają.
Wybierać dla kaprysu- próżność.
Wybierać z rozsądku- materializm.
Wybierać sercem- zaakceptować uczucia. (03 Sierpień 1998)


PRZEZNACZENIE
Wszystko, co ma swoje granice,
oplątano pajęczą nicią przeznaczenia.
Porozrzucanymi kartkami depczemy ziemię,
brudzimy naturalne jej kolory.
Chwile zastanowienia zabierają racjonalizm.
Podstawiają kicz,
każą nosić na plecach.
Wolne istoty kolekcjonują
a potem budują domy z kart.
Podwójnie słabi odpoczywamy w wynajętym pokoiku.
Ślady pajęczyn na ścianach
przywodzą dawne wspomnienia.
Wandalizmem przegraliśmy
jedno z rozdań pokera. (13 Sierpień 1998)

NOWINY
Wyciągnąłeś żebra w pustym gniewie,
narażając martwy otwór ciała na zdradę.
Wystukiwany palcami o parapet rytm
wieje karłowatym uniesieniem.
Potrzebujesz lamp kłaniających abażurami,
zwęglających obce części
twych nabrzmiałych członków.
Kołyszesz biodrami z chęci zwrócenia uwagi
na siedzącego w twoim brzuchu
skrzypka.
Ćwiczycie jednostajne ruchy lamp,
powodowane podmuchami wiejącego uniesienia.
Obwieszczacie dobre nowiny
małym, latającym istotkom. (23 sierpień 1998)

CODZIENNA PRASA
Wyrywamy wpół zamkniętym koszom
pogniecione gazety.
Przeglądamy artykuły i nekrologii.
To z tych szeleszczących stron
dowiadujemy się o własnych zmartwieniach.
W pogoni za tym, co warte ocalenia,
potykamy o ciążące nawet niekoniecznie
w dłoni, przykre informacje.
Pożyczający gazety
mają na tyle rozumu,
by po przejrzeniu wyrzucić do śmieci.
Nagłówkom dają szansę pójścia w niepamięć
a nam przekazania najnowszych wiadomości,
spędzających sen z powiek.
Zapisujemy nimi cały świat. (26 sierpień 1998)

WERDYKT
Na ich życzenie fatygujemy się,
rozkoszujemy smakiem zgniłego owocu.
Egocentrycy utrzymują pod kontrolą
rozdawane w bonach akty dobrej łaski.
Przesadzają w ostrożności.
Poskramiają zdrady,
abyśmy zapomnieli o głównym zamiarze,
czasem wyślizgującym od uczestnictwa w zawodach. (27 sierpień 1998)

ŚMIERTELNA CHOROBA
Był to dzień przebudzenia,
zerwania ze ścian wygrawerowanych zer
świadczących o własnym safandulstwie.
Minęły bezpowrotnie
spotkania z trucicielem.
Zasłonięta czarnym woalem, schylam nad grobem.
Rozpływam w łatwowierności.
Oto stoję przed wami bez upiększeń.
Pierwszorzędny pracownik.
Potrafię siąść ze zgromadzonymi przy stole.
Zatruć posiłkiem
o wygórowanej cenie. (28 sierpień 1998)

Permalink Leave a Comment

Styczeń – Maj/January – May 1998

29 December 2009 at 23:22 (Poems/Poetry) ()

SUCHE FAKTY
Nic nie zasługuje na pamięć.
Nikt nie zasługuje na cień zainteresowania.
Można przybrać każdą twarz.
Wszystko podlega bezustannej krytyce.
Czerpiemy z niej siłę choć jej nie mamy.
Im bardziej, tym częściej… nie będąc sobą.
Każdy głos wyrocznią.
Własny głos rozpaczy niepewnością.
Dane personalne nie informują
o uczuciach każdego……. policzonego.
Jesteśmy liczbą w niepoliczalnym wszechświecie. (01 styczeń 1998)

*****
Suszę się na sznurku,
ociekając słodkością z wszelkich spłatanych figlów.
Przepadam za taką formą lenistwa,
choć okazuje się, iż specyficznie ją odbieram.
Upodabnia mnie to do rzeczy będących bez sił aby coś jeszcze zrobić.
Łączę ze sznurkami anty – świetlaną przyszłość.
Jakoś wiszę. (02 styczeń 1998)

WALIZKA
Mieszczę się w spakowanej walizce
stojącej pod drzwiami.
Tak mało z sobą niosłam
aby tu dotrzeć.
Siedzę na niej z cierpliwością
jakiej brak wielu ludziom.
Na jednym robię wrażenie……..
całkowicie zapominając,
że nie tu mnie chciano.
Efektami swojej podróży dzielę się z walizką,
która mieści mój szlachetny cel
w największej przegródce. (02 styczeń 1998)


ŚWIATEŁKO DO NIKĄD
Tam gdzie jest bardzo ciemno
tli się światełko.
Ja.
Niesiona echem strachu
wyrywam z rozpaczy serce.
Gasnę miarowo.
Nikt nie patrzy,
bo na to się nie patrzy.
Popełniłam samobójstwo,
ponieważ tylko tak mogę coś popełnić.
Nie żyjąc, nadal świecę dla tych,
którzy w mym światełku
pokładali nadzieję,
oczekując na jej nadejście. (03 styczeń 1998)

SŁODKOŚĆ
Smakujesz mdło
aż nie chce się jeść.
Tracisz słodysz,
a może to ja ją wyjadłam?
Chudnę z głodu.
Niedożywiona stołuję się w miejscach,
gdzie gorzka lepkość klei się do ust.
Umieram z powodu wielu braków.
Ten głód był tylko pretekstem
do skonfrontowania jak zareagujesz.
Niedopatrzeniem moim była fascynacja,
która pojawia się na początku każdej znajomości.
Później to tylko rutyna i opatrzenie sobą,
a więc głód i brak…….. słodkości. (20 styczeń 1998)

W CZYIMŚ ŚNIE
Przebudzona atłasową pościelą,
osuwam się niczym element.
Głośno powiedz
dokąd nie mam wstępu.
Karmiona prawdą czekam na inną.
Kunsztowność twych sprzeczności
sensownie sobie wytłumaczę.
W lapidarnych, lekkich domysłach
wymienię się z kimś nadzwyczajnością prawdy.
Za późno na szukanie przeznaczenia
we wspólnej omylności.
Neguj a będę twoim snem. (20 styczeń 1998)

MĘTLIK
Sprzeciwem wyrażamy byle banał,
który burzliwie i szybko się kończy.
Wciąż błądząc po mapach młodości
toczymy walkę za losy nie mogących z tym pogodzić.
Prawie nigdy nie zawodzimy
w tym co należało by zawieść.
Ogólnie przyjęte normy zachowania
głuchną na myśl o czyimś talencie…..
Odrzucona wrażliwość niczym bezbronna istota
kuleje i wytrzymuje nawet to. (25 styczeń 1998)

LENISTWO
Kończę zdanie.
Mija się z celem przechodzenie zamkniętym tunelem.
Dopływam do pustych brzegów,
w poszukiwaniu usprawiedliwionych nieobecności.
Powodowana ograniczeniami,
przyczyniam się do uchyleń od obowiązujących mnie zasad.
Czasem występuję jako maniera
nacechowana przyziemnościami,
ale tak naprawdę to czymś więcej mogę się wykazać. (25 styczeń 1998)

PARADOKS DNIA
Kontynuujemy rzeczywistością dnia w taki sposób,
jakby w różnych swych odmianach
przybierał pozę kogoś bezużytecznego
i wtenczas powstrzymywał od zaprzeczeń.
Wychodzimy na ostatecznych ratowników,
ściśle odpowiadających podstawowym formom rzeczywistości.
Markujemy większość skutków tych zbrodni
a następnego dnia rano
spokojnie czytając gazetę, pijemy kawę
i rozkoszujemy świeżością pieczywa z masłem. (26 styczeń 1998)


KRZYWDA
Dajemy upust swemu niezadowoleniu
poprzez krzyk.
Agresja jest często wynikiem poczucia krzywdy,
odwetu za tę krzywdę.
Droga do jej wyeliminowania
jest nadal daleka,
wydłuża swoje palce – próbuje szarpnąć od tyłu.
Zanurza się w nas
niczym atrakcyjna rusałka.
Pozujemy w dwóch aktach.
Wywołane negatywy znikają.
Ciszę wypełniamy krzykiem. (26 styczeń 1998)

MOTYW ZBRODNI… WSZELKIEGO RODZAJU
Skromność ciągnęła za sobą odpowiedzialność
złośliwości, nieuczciwości, despotyzmu.
Tolerancja – bezmyślna,
gdyż jej szczerość uparcie dąży do prymitywizmu.
Duma samotna, narażona na niebezpieczeństwo
majaczy przez sen.
Własne sumienie szuka pojednania z samolubstwem.
Manipulacje, rozkazy, kontrasty – same sobie.
Kim jestem i gdzie jestem? (01 luty 1998)

ZŁAMANE SERCE
Przebiłam.
Pulsowało,
ale teraz wyciekło.
Miałam co sprzątać.
Nie podoba mi się.
Brak miejsca, bo ogromne.
Wstyd mi.
No więc gdzie to schować….
Poczekam do jutra.
Zobaczymy co powiesz. (01 luty 1998)

SPOJRZENIE (TWOJE)
Jak już powiedziałam
krępuje mnie.
Trzęsie milczącym ciałem.
Panuję nad sytuacją,
ale raptem apogeum trzęsienia.
Pragnienie.
Modlitwa.
Wiecznie zamknięta w spojrzeniu,
na skrzydłach motyla lecę do nieba. (02 luty 1998)

SŁOWO
Pytaniem, rozkazem, ciszą.
Tylko słowem.
Bez przerwy z nim.
Narkotyk….
Dobry znajomy.
Czarna owca rodziny.
Przyszłość czyni niczym
wobec długów.
Tak walczy. (02 luty 1998)

DEKALOG
Wynagradza dobro, karze zło.
Zmieniają pozycję –
Wynagradza zło, karze dobro.
Dezorientacja wywołana nami…
Prostackie urozmaicenie
stacza na dno ostatnie ideały-
Idealnie popsute,
partacko naprawione.
Doprowadzony do porządku
łudzisz się, ufając sobie.
On wróci. (02 luty 1998)

PRAWDZIWE SPOJRZENIE
W przypływie gniewu
otworzono ci oczy.
To co widzisz, dalekie jest od
wyimaginowanego scenariusza z tobą w roli głównej.
Chciałbyś aby było tak jak dawniej.
„Dawniej” przepadło w spojrzeniu,
obwiniającym napotkane przedmioty.
Pozwalasz mu umrzeć,
bo ono kiedyś umarło dla ciebie.
Naprawdę. (04 luty 1998)

W NAGŁYM PRZYPADKU
Naprawiło by ulec popsuciu.
Zniszczyło się w nas.
Jak wszystko.
Wiecznie nie można być naiwnym.
Każdy cios uczy samoobrony.
Umiesz świetnie
więc doceń.
Udowodnij swą potęgę,
niczego w zamian nie żądając.
Poprawisz sobie humor faktem,
iż odnajdzie się specjalista od nagłych usterek. (04 luty 1998)

NA MOMENT – RADOŚĆ
Dostarcza niebywałych wrażeń.
Wywołuje refleksje.
Wnika w głębsze warstwy swego znaczenia.
Stara się odcisnąć piętno
na strzępach życiorysu.
Najistotniejszym cechom pozwala kołatać
między pasemkami dni i nocy.
Centralne miejsce w jego istnieniu zajmuje problematyka
o wiele bardziej smutniejsza niż ta,
którą opisujemy na mało potrzebnych kartkach,
kreujących nasze style. (09 luty 1998)

KOMUŚ DRUGIEMU
Pozbywamy się wartości niezaprzeczalnych
na rzecz drugiej osoby.
Nie pomagają poszukiwania ukrytych sensów i znaczeń
toniemy.
Rozpaczliwie spieszymy się do siebie.
Czyjaś obecność poplamiła
negatywną rysą całą duszę.
Żywimy szczerą chęć odwetu,
nadal nienagannie się zachowując.
W szalenie istotnym momencie cofamy do źródeł zła.
Zmywamy z ciała… drugą osobę. (09 luty 1998)

DECYZJA
Za karę
oskubujemy piórka ze skrzydeł.
Dręcząca czerń
przykuwa wzrok.
Nie ważne kim jesteś.
Zanurzmy się w mleku
a będzie zdrowo.
Na zegarze moich miejsc
pisze podobnie.
Pare mokrych lotek
wyznacza współrzędne istnienia.
Czasu coraz mniej-
biel albo czerń.
Podpowiedz. (06 marzec 1998)

Z ZASKOCZENIA
Mogę sobie podziękować
za słowa powstrzymane przed zapomnieniem.
Zwykle uprzedzam
podobną kolej rzeczy,
z czego za każdym razem
czerpię wiele radości.
A gdy zapominam już o całym zajściu,
ukryta siła wyrywa się
i atakuje mnie.
Bezsilnie. (09 marzec 1998)

RYTM
Zabiegana w czeluściach prawd
trudnych do przyjęcia,
stoisz za małym sklepem
z nie kupowanym przez nikogo towarem.
Toczysz walkę z tym,
co się nie stanie-
– mniej wysiłku.
Kolejki wydłużają ciężkie statki zakupów
a zmęczenie pulsuje w rytmie,
jaki nadajesz podczas wskazywania palcem
…….. w moją stronę……… (10 marzec 1998)

EKSPERYMENT
Myślałeś, że milczenie
zapobiegnie porażkom słownym.
Spieszyłeś się z tym założeniem,
bo było w stanie zawieść.
Przekrój osiowy ciała
chudł i marszczył .
Nie dbasz jak niegdyś.
Siedząc na twoim fotelu
bawiłam się milczeniem;
Dla mnie to tylko cisza.
Spleśniała od łez podłoga
ustępowała w rowkach
należycie wypełnionych brudem.
Też eksperymentowała. (14 marzec 1998)

PODZIAŁ
Budzisz
nieświadomy mego zmęczenia.
Wspólnym ciepłem stapiamy ciała.
Odpływają ostatnie wątpliwości
można by tak było pozostać na zawsze,
ale inni czekają….
Nie należy w egoistyczny sposób
przyzwyczajać do jednego.
Trzeba dzielić się sobą z każdym,
kto tego chce. (15 marzec 1998)

ULEGAĆ WPŁYWOM
Schowałeś po amatorsku
kilka płatków kwiatów do szuflady.
Miały być ukryte przede mną,
ponieważ wystrzegałam się śmiecenia tam,
gdzie było ono krępujące.
Otwierając jedną zauważyłam
obumarłe resztki sypkiego, barwnego popiołu,
ulotnego i nietrwałego
niczym bunt przeciw mym zakazom.
Następnego razu już nie doczekały,
gdyż pomogłeś im zniknąć.
Sprzątając, ciekawe kogo bardziej się brzydziłeś;
Mnie za despotyzm
czy siebie za uległość. (10 kwiecień 1998)

CZAS
Przespany pół czas.
Zakopany w czarnej ziemi.
Drugie pół zjem później,
gdy nikt nie będzie widział.
Choć „nic” już nie znaczy,
mam wrażenie jakby dążył do doskonalenia.
Patetycznie patrzył na zatopione w nim ostrze,
obmyślając nowy plan swych narodzin.

Stoi krzyż na grobie.
Na pustym grobie!
Szybciej czas się nas pozbędzie niż my jego. (12 kwiecień 1998)


CHCĄC AKCEPTACJI
Nie jestem zwierzątkiem
użalającym nad sobą.
Byłabym taka, gdyby nocą
nie zabłysło nowych tysiąc gwiazd.
Ale dla mnie zajaśniały.
Otuliłam się na wszelki wypadek
mleczną ścieżką;
przed chłodem i niepowodzeniami.
Chłód może czaić się za każdą gwiazdką,
którą chcę dosięgnąć.
Spycham to prawdopodobieństwo w cień księżyca.
Z tęsknoty do prawdy
wysyłam list na ziemię,
aby mi uwierzono, że wolę nie być człowiekiem. (23 maj 1998)

ROZTERKI
Łudzę się, że gdy jesteś blisko
pragniesz wrażeń należących….
do mojego obowiązku.
Drżę, gdy twój szybki wóz mknie
na przełaj obojętności,
zgniatającej folię.
Nią przykrywałeś swoje potrzeby,
opierając się słońcu
świecącemu z mojej prośby.
Przeciwny zachowaniu
jakim miałam zamiar polepszyć nasze stosunki
krzyczysz na nią za to,
że ją kochasz….
A to mnie obdarowujesz prezentem,
który na dodatek nie umiem rozpakować. (24 maj 1998)


WALKA
Wygrałam.
Mogłam się tego spodziewać.
Zaczarowała was.
Rytmicznym pstrykaniem palców
uśpiła czujność.
Mruczała jak wielki kot.
Podniecała
wodząc dookoła ust aż do głębi warg.
Moje słowa są jak gwałt
tak codzienny, że aż strach.
Gdzieś głęboko wygrała.
Moje słowa pod pręgierzem
tak okrutnym – innych słów.
Przywróciły was, ale pozostało.
Ona jutro nie skończy…..
Będziemy się biły. (24 maj 1998)

APOKALIPSA
Jest noc.
Wieczorowa suknia wisi na wieszaku.
Mężczyzna ze snów tańczy bez partnerki.
Pojawia się motyw śmierci.
Goście patrzą karcąco,
więc opuszcza ich.
To przez nią zaczyna płonąć tancerz.
Nie zwracają uwagi,
ponieważ psychiatra tak kazał.
Nadbiega mokra i naga dziewczyna.
Stojąc przed zebranymi
zaczęła kołysać biodrami….
Wyciągają ręce by dotknąć ciała.
Po chwili przemieniona w sowę odfrunęła.
Las przecząco kręci głową.
Słychać czyjeś kroki.
Uciekają.
Na zawsze. (24 maj 1998)

COŚ ZA COŚ
Martwy ptak drogowskazem i przestrogą.
Szczerze umieram z nim.
Rozszarpane ciało opiekam w piekarniku.
Smakuje wrogom.
Krwi, której nie mam.
Łez, które mokną.
Dni, które zwlekają.
Oddam je.
Najpierw pokażcie szczęście. (29 maj 1998)

WBREW
Rzucam cienie
na brudne ściany poczekalni.
Siedzimy wszyscy w milczeniu,
w rosnącym zniecierpliwieniu czekania
na naszą kolej.
Jeden odchodzi, drugi wątpi,
mnie nikt nie obchodzi.
Mogę roztaczać swoją obojętnością
czarny kurz, niczym popiołem rozsypywanym przez wiatr
…… gdzieś poza granicę jego możliwości.
Otworzyły się drzwi.
Padło moje nazwisko.
Nie dowierzałam własnym uszom.
I może dlatego zamiast kierować się we właściwą stronę
uciekłam,
aby przedłużyć swoją młodość. (29 maj 1998)


SNY
Drogę zagrodził mi zagubiony chłopiec.
Szukał mamy.
Stała blisko nas.
Mały zauważył, podbiegł.
Obróciła się w stronę witryny sklepu.
Udawała nieznajomą.
W każdej widział mamę.
One wszystkie okradały go.
Wyglądał jak okruszek na talerzyku
po zjedzonym ciastku.
Strzepnięty ze stołu
podzielił los dzieci,
nawiedzających nas podczas snu. (29 maj 1998)

DO MIŁOŚCI
No chodź, nie bój się.
Ja też mogę.
Ja też chcę.
Dlaczego to robisz…… każdy tak samo?
Wydawałaś się łatwiejsza –
– moja upragniona.
Zawiodłaś mnie.
Tyle mówiono i pisano. To kłamstwa.
Ty też kiedyś będziesz żałowała.
Przypomnimy się. (29 maj 1998)

Permalink Leave a Comment

Wrzesień – Grudzień/September – December 1999

27 December 2009 at 19:11 (Poems/Poetry) ()

OSĄD
Spinamy znajomych
jedną klamrą blizn.
Szepty pustych głów
zawstydzają przed prawdziwym obnażeniem.
Koncentrujemy się
na zszywaniu reszty odchłani między zebrami.
Zjełczała obietnica
przykutych zakładników rośnie w piekarniku postępu.
Jemy szpilki na przystawkę bólu.
Dla znajomych widok ten jest relaksem;
Utwierdzali w przekonaniu
poświęcenia własnych szram
a otworzyli skrzynię – więzienie
na bezpodstawne wymierzenie kary.
Bronimy ? (01 wrzesień 1999)

W MILCZĄCEJ PRZERWIE
W milczącej przerwie na ignorancję
ziewamy liśćmi zmęczenia.
Kołyszą one mową; bezbronną, złośliwą.
Kołyszą marzeniami lukrowanymi.
Po przerwie fałszywy prawnik
prowadzi na smyczy szczeniątko – oprawcę.
Spacerują obok nas
z pogardą dla dziecinnych wizji.
Pełni wątpliwości,
wybiegamy naprzeciw obcym,
obiecującym bezpieczeństwo.
Wypychamy przerwę na ignorancję
przez klatkę ściekową na długotrwałe nasączenie. (02 wrzesień 1999)

WSPÓŁCZUCIE
Łkałeś pogniecionym ciałem
z nieskrzywdzenia
niewyspania
niedowierzania.
Powinnam współczuć,
bądź przynajmniej współczuć.
Współczułam? Łkałam.
Gniotłam pielęgnowane ciało
by współczuć twojemu.
Wydobyłam utracone bogactwo
z głębi szparek zrozumienia.
Ciągnęłam aż wyszło i nam pomogło. (02 wrzesień 1999)


(KIEDYŚ) PONAGLENIE
Urazy chowamy do cudzych słoików.
Krew przetaczamy z zatrutych od wybaczania ust.
Kolekcja miniaturowych pytań
poniża adresatów.
Wyczekiwana romantyczność
stygnie na tafli lodu.
Plecami stoimy, burzymy,
powracamy do popołudni
oblepionych bitą śmietaną i kostkami cukru.
Rozgrzane arterie częstują ponagleniem
nie o spłaceniu miłości,
ale spłaceniu długów. (03 wrzesień 1999)

LEŻYSZ OBOK
Leżysz obok powszechnych rupieci
w marazm odziany.
Pestki od wiśni nachalne wrony ci rozdziobały.
Nieważne, tandetne żywe obrazy
malujesz farbą, gnijesz od farby……
Poddany woli brutalnej zarazy
– środek werbalny.
Złożona pościel, zameldowanie
tasujesz karty dla oczyszczenia.
Wycinasz słonko i płotek,
tępisz nożyczki przy własnych zmartwieniach.
Zniknęło dawne – przybiegnie nowe.
Kto to zlecił,
że przesuwają tobą w tył i w tył
dla wyzbierania śmieci? (08 wrzesień 1999)

******
Przeniosłam się do drugiego pomieszczenia.
Kanał problemów łączy
pękaty pesymizm z leżącą pod nim wątpliwością.
Tu jest tak samo.
Takie same rachunki do spłacenia,
brudna bielizna, sen, głosy.
Czemu jednak zmieniamy postoje,
wzbogaconą rutynę nie stać na podziękowania.
Improwizuje znajomością szaleństwa.
My na jej podobieństwo
improwizujemy staniem
pod ścianą bezsensu. (09 wrzesień 1999)

SOBOTA (w)
Naczynia, kurz, placek jabłkowy
….. robiony z przyzwyczajenia.
Lokówki, papiloty, wysokie obcasy
zsynchronizowane z duchem zabawy.
Brokat szaleństwa wsypywany do ponczu
podnosi z ciężkich miejsc.
Zatrzymana przez przeznaczenie
unosisz się w chmury magicznych rytmów.
Przekomarzania wyciągają pasma fascynacji
jak czarnoksiężnik króliki z kapelusza.
Raptem wezwana do telefonu
przerywasz zdyszane serpentyny.
Ono znika.
Zadedykowana piosenka
utrzymuje przeznaczenie w ukryciu.
Wpycha w ramiona partnera
dyskretnie proszącego o coś jeszcze…. (09 wrzesień 1999)

NIEDZIELA (w)
Zatrzymujesz wspomnienie
zmierzające do szatni lustracji,
zapraszasz na filiżankę.
Wodzicie wzrokiem po nie
dopranych brzegach serwetki.
Faworyzujecie milczenie.
Waniliowy aromat znużenia
przyciąga, zbliża aż zablisko.
Raptem wezwany do telefonu
rozrywasz pulsujący szal.
Ono znika.
Na stoliku nie ma nawet filiżanki.
Iluzja przykleiła trzy gwiazdy,
ale wierzysz
w istnienie tego popołudnia
ze „wspomnieniem”. (09 wrzesień 1999)


MYŚLI WETKNIĘTE…..
Myśli wetknięte w automaty do kawy
pływają zabrudzone
stygnącym rozczarowaniem.
Toczą się po porowatych powierzchniach
z nadzieją dostrzeżenia właściwego rozwiązania,
wytłumaczenia wersetów spowiedzi.
Mieszana z mlekiem wrażliwość
odlewa z myśli filantropijne cele.
Nikt nie kwapi się
z wyciągnięciem myśli.
Automat popsuty, bezużyteczny
… one też. (12 wrzesień 1999)

ZWYCIĘZCA
Któregoś dnia długie mechanizmy oddechów
roztrzaskały prywatną skarbonkę na dary.
Wyeliminowana chciwość
podsuwała zagadkowe oferty
(zapisane formularze zgłoszeń)
ale zwyciężyła sprawiedliwość.
Poproszono o przemówienie,
udzielenie wywiadu, rozgłos, przepych.
Zanim dotarła do wyjścia ewakuacyjnego,
oddano pięć strzałów.
Dochodzenie, nagłówki, żałoba.
Zwyciężyła?
Współcześni wybrańcy zdobywają trofea,
zwyciężają oszuści.
Nadal.(22 wrzesień 1999)

LOS DAJĄCEJ
Wracała do klaustrofobii serca;
Wytyczonym szlakiem, rozlanym wermutem.
Póki impotenci płacili, reanimowała paradoksy
dla przekazywania wadium spełnienia.
Potem samotnie metafrazowała dokonane zbrodnie,
z których klienci mieli dwa procent
…zysku?
bywało jak w bajce,
bo bajek nie czytano jej w dzieciństwie.
Brak punktu odniesienia do dni niepodległości
kreował z niej ofiarę
świadomą masochizmu
na „papierowych” genitaliach. (26 wrzesień 1999)


WYDARZENIE
Cynizm przeglądał żurnale,
wertował w osobistych dyscyplinach.
Przybyłam na jego recital
gotowa oranż agresji wypełnić brawami, taktem.
Zblazowana publiczność zadurzona
romantycznymi sekwencjami,
wstawała z miejsc ku dominacji.
Z tupetem negowałam wartość tekstu,
ordynarnie postępując
z koniem trojańskim bohatera występu.
Do wieczora siedzieliśmy przez sobą.
Mogłam wybrać kino, teatr, dyskotekę
a znalazłam się przy nim,
jakby sama podświadomość
odbierała satelitą bigamii to coś wyjątkowego. (26 wrzesień 1999)

CZYJEŚ MIEJSCE
Zdegustowany morzem
może…
Grandilokwencja;
liczone zabawy w prawnych konwencjach.
Kastracja doznań, wykropkowanie,
usłane prozą wieńce na szaniec.
Wybrać dogodny kąt na przetrwanie
to raczej proste zadanie.
Kochać kukły liturgią wolności
zrównujesz z żargonem graficznych sprośności.

Brzmi zachęcająco. Pojedziemy tam? (26 wrzesień 1999)

OBIEG
Mozaika żądań.
Z uporem maniaka
przegrupowujemy blaszane epitety
w łatwą do powieszenia na sznurku bieliznę.
Cieknie agresją.
Gramami wątpliwości
odpoczywa przed zawołaniem
do pokonywania śmiałego etapu próżni.
Sucha wiatrem jutra
spoczywa w mozaice.
Żądania dzielą bunt na pół,
pakują, wysyłają adresatom.
Przegrupowujemy pocztę. (07 październik 1999)

CIEŃ
Poplamiłam cień kleksami materializmu
gdy w skorupie dreszczy
zrywał tapety ze ścian;
Przedzierał do szkieletu samotności.
Gołe niepokoje,
wewnętrzne zahamowania
nie odniosły właściwego skutku:
cień morduje formy nam pośrednie.
Przykrywa pleśnią
by uwypuklić swoje żądze.
Szkicuję podwójne cienie.
Symetryczne?
Symetrycznie cienkie.
Symetrycznie ciekawe. (12 październik 1999)


NIECIERPLIWI
Wystarczyło poczekać
na szmaragdowe spełnienie,
pozwolenie tłumaczenia bajki z morałem
na język zaplątania.
Zamiast tego zmęczony polot
ignoruje przepisywane
o piątej nad ranem niespokojne frazy.
Wystrugane jęki drukują z nic w nic,
przyspieszają w dojrzałości
schyłek korekt.
Wdrożeni.
Dręczeni.
A wystarczyło poczekać….. (24 październik 1999)

UKRZYŻOWANIE
Przesunęłam szafy w bok na twoje garderoby.
Wbijasz kościom stóp gwoździe.
Pokorne miłowanie rdzewieje.
Leżą drewniane niewiadome.
Ciągłe aprobaty zginają garby
we wklęsłe mosty.
Wykrzywione żebra więźnia – spustoszone pole,
szeregujesz znakami drogowymi.
Reguły ciasno obsadzone w pion
strzegą cię…. krotnie
ponieważ przeze mnie
ukrzyżowałeś ich. (24 październik 1999)

SZUFLADA
Szufladkujemy
w spróchniałych deseczkach
karty przepowiedni.
Szpanerstwo niczym wosk
pokrywa je żółtawą mazią pokory,
przetacza z popularnych papierosów
drobne literki – zapisy wydarzeń.
Gdy się nudzimy
deseczki fosforyzują widzów.
Wchłaniane postoje,
zanikające reakcje
manipulują szufladkowaniem….
nawet w pojedynczej zbrodni
niedokonanej procesem natury.
Odpady. (07 listopad 1999)

PONAD SKLEPIENIEM
Nad sklepieniem proporców wysokości
rozciąga się w jedną stronę rejs.
Natrętne: dokąd?
Zapomnijmy co woła nie dokończone echo.
Modyfikujemy ilorazy w iloczyny
niczym nasze obiekcje
w stosunku do zamierzeń rejsu.
Mała przystań czerwonego zatrzymania
rewiduje tych,
co przemycają pod poduszką ciemności
ostre zamiary.
W morzu skarg pływają pod prąd;
by zwrócić proporcom wysokości
strzelistość,
podziw za linię chmur. (13 listopad 1999)

BIEG
Biegniesz zbyt skoncentrowany,
nie zauważasz, że ma czarne pantofle.
Za dzisiejszymi korzyściami
gonisz z różańcem życzeń
i to niewymuszonym od złotej rybki.
Staje w czarnej pelerynie,
zakwita największym życzeniem.
Położyłeś w niej prędkość osiągnięć,
ale pomknąłeś w punkt bierny od strachu,
stary honorem wyśmianym na trybunach.
Za metą blednie w czarnych pantoflach i czarnej pelerynie.
Ściskany różaniec
odznacza potrzeby jednego krezusa
milionem chciwości.
Przefarbowane tętno wysiłku
odcięło nożyczkami,
jak odcina się pępowinę
by oderwać od noworodka element jedności.
Nie na czarno…(14 listopad 1999)

UBODZY
Niepozorni.
Spełniający swą powinność.
marginesowo,
przelotnie,
mimochodem,
budzą w kimś sympatię.
Wilgotni piwnicą nędzy
Mobilizują konflikty do osuszającego współczucia.
Samarytanie zubożałych,
do cna wyczerpani niepozornymi,
dyktują im regulamin obowiązków
jakby tamci nie znali go na pamięć!??
Wilgotne ściągi
oślepiły wszystkich sympatyków
– regulaminu. (14 listopad 1999)

W SPADKU PO DZIECIŃSTWIE
Chaotycznie spisywał
porozrzucane ślimacze nadzieje.
Dla formalności odmawiała
pustą ułudą dzieciństwa.
Zakrzepła złośliwość.
W kartonach ołowiane żołnierze
grają marsz żałobny.
Srebrzyste odbicia luster
Wywołują łzy obce reminiscencją beztroski.
Pomiędzy wgłębieniem a rowkiem
drewniane klocki budują azyl
powtórnych zmagań rozkwitania,
w gwałtownych reakcjach i namiętnych zarysach.
Suchość odmowy
wydaje niepowtarzalny krzyk,
wyzwanie na pojedynek jemu i jej.
Papierowymi szablami
tnie wątrobę aktywów oraz pasywów.(20 listopad 1999)

CIASTKA
Nagie miejsce otulone różową panoramą,
stygnie kruchymi ciastkami.
Wyśmienicie jest zatracić umiar
niewielką delektacją.
Chore uzależnienie wydziela
dzienne racje żywnościowe,
pomnaża ciastka jakby wiecznie służyły
za kuszenie w nagich miejscach.
Zamówienia piętrzą w sobie pospłacane długi bakaliowych serc.
Uwodzicielsko pustoszeją drobni pożeracze.
Jedynie sytość wygrzebuje
z kubłów kruche ciastka,
bo lubi smakować
oprawców gorących słodkości. (27 listopad 1999)

BIEG ZDARZEŃ
Ciemność piecze, ciemność pali.
Rozbawiony tłum na sali
sadystycznie bije w cienie
groźbą udręk i milczeniem.
Wstajesz z plotek niewyspany,
gardząc wersem wyszukanym
w pożegnalnym kuble śmieci,
który tłumnie na mnie zleci.
Ciemność dławi, ciemność ściska.
Sala brudna, mokra, śliska;
Aż utopi swą zdradliwość,
lecząc jedną, zgubną miłość. (06 grudzień 1999)

PYTANIE O GŁODZIE
Frywolnie delektuję się
cierpkim owocem kobiecego żywota
i zjadam z niesmakiem resztki stołu
o dosyć chwiejnych nogach.
Na kogo wypadnie
podcieranie ucztujących śliniaczkiem,
ten zmywa także z tekturowych powierzchni
plamy po wstydzie.
Kaprysy natknięte na wykałaczki
stoją ściśnięte w półmisku rozpaczy,
delektacją odgłosów
błądzą w miąższu mego łakomstwa.
Stoliczku będę wypasiona w tym sezonie
czy nie? (13 grudzień 1999)


POMIĘDZY CZELUŚCIAMI
Pogrążona w białych czeluściach
rozrywa przyspieszone tętno
na dwa pola walki.
Wiotczeje w sarkazmie przegranej,
przebija włócznią marzeń urojoną konstrukcję.
Apelacja skończona.
Zapomniane czeluście
wypychają ciężar swego ciała na krzesło obok.
Chwiejne nogi wytrzymują to do jutra.
Potem trzeba tylko liczyć na cud. (17 grudzień 1999)

PO ŚNIE NIC NIE ZOSTAJE
Sen przybliża pożądane sprzeczności,
wyciągając milimetrową batutę.
Hipnoza obiega talerzyk snu,
zadyszana staje po drugim okrążeniu
by móc się wesprzeć na okruchu ekstazy.
Z rozsypanej
układa harmonogram nocy
a i stos umytych talerzyków
stawia na barwnym kredensie.
Obudź się! Już po wszystkim.
Zapomniałeś. (25 grudzień 1999)

KTO TO?
Zgadnij kto wybacza
wzorom czystości okrywać się brudem brutalności.
Pusta, tradycyjna duma
miesza rozpieszczenie z pokrzywdzeniem.
Zbieracie owacje od zaniedbanych istot.
Zgadnij kto połyka
etyczne systemy wiary
ograniczonej, spalonej strachem.
Wytłaczacie kary z bólu sumienia.
Kto to taki?
Gdyby mógł pozyskać uznanie,
wymierzylibyście pokutę
za współczucie i miłość pragnienia.
Lepiej nie wiedzieć kim jest.
Makabryczna to przyjemność
w tych nazbyt przypadkowo wysuniętych domysłach. (25 grudzień 1999)

W CO SIĘ UBRAĆ ?
Rozpinasz we mnie
dawno uduszone przyjemności.
Ułożone do snu wypadają z kołyski;
Ponownie kładziesz, nucisz niesłyszalne groźby.
One spały przed twoimi narodzinami,
więc martwi wyrwą z kazania jedynie nić aprobaty.
Z przyjemnością się zapnę.
Szykowny ubiór samolubstwa
opina ramy kaprysów.
W tym co masz na sobie
przypominasz zdeformowane zdziwienie,
któremu zamiast błogich pieszczot
dałam płatki owsiane z mlekiem. (25 grudzień 1999)


TAFLA SZKŁA
Umieść szkło w piersi ludzkiej
by było przez nie widać jego prawdziwe myśli.
Skórzany pokrowiec tkanek i krwi
zjełczały pyłkami ubolewania
nad możliwością skaleczenia,
a sumieniem tuszowania blizn.
Wśród krytych przejść,
honor zmęczony polemizacją kto godny respektu,
wydzielałby humor bezstronnego sędziego.
Dopóki powłoka cielesna nie pokryje się zmarszczkami,
przenikające promienie zwyczajnie odbiją
pogmatwane dla oka linie.
Nikt nie zdoła przejrzeć szkła
na wskroś. (29 grudzień 1999)

PREZENT ŚLUBNY
Bogini ceregieli
przytoczyła wypróbowanym
kolejny przykład zakłamania.
Certowali się czy
wpiąć do segregatora te dane.
Wpinali. Wypinali.
Siła perswazji szarpała nimi dopóty,
dopóki Bogini nie wyszła za mąż
i została kurą domową.
Co mieli zabrali przeciwnicy
dla własnych córek…… na wiano. (29 grudzień 1999)

Permalink Leave a Comment

Marzec – Sierpień/March – August 1999

27 December 2009 at 18:31 (Poems/Poetry) ()

TO MYSELF
The sweet converse of an innocent mind
must have been consumed in the fire,
otherwise the highest bliss of human-kind
let me not wander in a barren dream and fly at my desire.

My heart-beat on a pillow
never has relish in the fairy power.
I am standing as a weeping willow,
as a fame to nothingness do sink in hour.

For a long dreary seasons, comes a day
which as a sleeping infant’s breath,
the passing coolness throw away
and make me laugh at my death.

From hedge to hedge lived in the shadow never,
I can exist in my today forever. (23 marzec 1999)

PRZYWYKŁAM
Przywykłam do dni gorejących na niebie,
mokrych policzków,
słodkiej rekompensaty na ostatnim piętrze.
Podczas strajków
ostrzeżenia kroczyły parami.
Spoglądały w okno mojego mieszkania.
Wytykane porażki
odlatywały z balonami ponad wyliczoną granicę chmur.
Powracały z deszczem,
syczącym na rozżarzonej patelni.
Przygotowałam ją do zrobienia posiłku.
Przywykłam rezygnować z zachcianek.
Dajcie mi suchą kromkę chleba. (31 marzec 1999)

MOGŁO BYĆ TAK PIĘKNIE
Spoglądasz na siebie
z zaczarowanej ulicy.
Przeciwległa tafla powątpiewania
gasi w oczach zapał….
zbyt słaby by ją odwrócić,
odwracasz się sam.
Porozrzucane wokoło przedmioty
pokrył kurz i prześcieradła.
Drzemiesz na nich,
zapalony niewłaściwym
zbiegiem okoliczności.
……… a mogło być tak pięknie. (01 kwiecień 1999)

ZGUBA
Twoja zguba w liniach papilarnych świata;
między jednym uśmiechem a drugim
bywa tak znikoma,
że pozwala na znalezienie.
Sypie się serce.
Zasypujemy je obietnicami, lukrem,
którego zabrakło w piekarni na pączki.
Następnym razem
zapisz nowy przepis na drzwiach mojej szatni
bym była pewna twoich zdolności.
Dostaniesz breloczek ze zgubą;
Znaleziony w upieczonym cieście. (03 kwiecień 1999)

TAKTYKA
Pomiędzy sprasowanymi chusteczkami
poświęceń
wylądowały nasze ciche prośby.
Konturówkom do oczu odebrano moc
z jaką wydobywały brudy na światło dzienne,
z jaką machałyśmy tymi chusteczkami na przywitanie.
Lata uwalniały lniane troski
tak dokładnie zmysłami powonienia
aby gryźć i kąsać,
obwiniać mężczyzn za współczesną modę.
Nie wińmy za to jakimi są,
przynajmniej znamy ich potrzeby.
Opierać się na własnych domysłach
byłoby przesadą,
szczególnie gdy teraz mężczyźni
konstruują inne ramy zasad. (05 kwiecień 1999)


ATOMY
Podzielmy kawałki siebie na atomy
gotowe zmienić się w kolorowe kulki.
Toczylibyśmy grzechy
nie pod górkę a z górki.
Łatwiej o rozgrzeszenie?
Plastikowe puszki – otwarte na propozycje,
wręczałyby pościel i kilka chwil przetrwania
przed wędrówką do sklepu,
skąd blask ich powierzchni
oślepiałby wybredne jednostki niepodzielne na atomy.
Żyjmy z wyliczoną ceną
bo przynajmniej wykupimy pojedyncze atomy.
Całość jest blaskiem,
na który nas nie stać. (05 kwiecień 1999)

ZDRADA (MĘŻCZYZNA KOBIETĘ)
Następują łzy
spalające skórę twarzy.
Potrzebuje przeszczepu tkanek,
ponieważ odnowi ja po uprzednim szoku.
Gdziekolwiek pójdzie będzie nierozpoznawalna.
Tylko w monotonii rozsiądzie się wygodnie.
Z widowni popatrzy na widowisko,
speszy, stremuje, wyda wyrok niegodziwym aktorom.
Do skrzynki wciśnie recenzję
a w nią zawinięty czysty tampon i test ciążowy.
Zniszczy to, z czego on i tak nie czerpał satysfakcji.
(05 kwiecień 1999)

ZDRADA (KOBIETA MĘŻCZYZNĘ)
Następują ciosy
masakrujące skórę twarzy.
Chirurdzy opuszczają z bezsilności stanowiska.
Gdziekolwiek pójdzie będzie nierozpoznawalny.
Może cyganka powie mu prawdę….
Tylko w monotonii rozsiądzie się wygodnie.
Z widowni popatrzy na widowisko,
zlustruje, uciszy brakiem wyroku niegodziwych aktorów.
Do skrzynki wciśnie recenzję
a w nią zawiniętą butelkę krwi i alkoholu.
Zniszczy to, z czego ona i tak nie czerpała
satysfakcji. (05 kwiecień 1999)


STRATA
Dym pragnień pchany obcą ręką
posuwa się naprzód.
Uprzezroczyśnione wahanie.
Parujący ziemią rozsądek ulega pokusie,
wyraża zgodę na zjednoczenie.
Nadciąga wróg.
Ciche jęki, oszalałe z czekania
drżą między minutowymi etapami drgań.
Wstęgi dymu biczują,
przeszywają powietrze morderczym uderzeniami.
Śmierć napływa ze środka rozsądku. (07 kwiecień 1999)

MOJE ŻYCIE
Życie przebiega obok mnie na paluszkach
cichutko, ale szybko.
Boi się abym nie przyłapała go na gorącym uczynku,
gdy zamiast spać w łóżku,
ono ogląda w salonie kasety wspomnień.
Aprobuję nocne eskapady,
bo przyjemnie jest patrzeć
w harmonijne kielichów nieskończoności.
Rozpieściłam mojego jedynaka –
Jedyną rzecz jaką mam.
Jedyne co należy do mnie…. moje życie. (25 kwiecień 1999)


ODPOCZYNEK
Zmęczenie zasianym ziarnem,
wywołuje ból głęboko poza zebrane w sobie siły.
Zwolnione tempo czyni akrobatami
przerażone ofiary stopniowej desperacji.
Upadają niezbędne elementy ciała.
Bierność wyrażona głuchą ciszą
podstępnie skrada się,
poddaje testowi naszą czujność.
Kontrolowani, popychani,
wydajemy zgodę na zburzenie fundamentów
posiadłości w jakiej rzekomo
mieliśmy odpocząć od męczącej pracy. (27 kwiecień 1999)

NOWE TRENDY
Drobinkami subiektywizmu
co niczym duży pająk,
łapię do pajęczej sieci
wolne od cła informacje.
Chełpię się każdą blizną odniesioną w walce.
W wyszczególnionych akapitach książek
czytam o zniechęcających mnie wydarzeniach.
Pozwalam pająkom przecinać nici,
wieszać kapitalistom kolorowe szyldy w te miejsca.
Igrają z subiektywizmem wychodzącym z mody,
ale żyją nim, utożsamiając z obecnymi trendami. (22 maj 1999)


GŁĘBIA
Czym mierzymy głębię uczuć;
Kubkami wody z dziurawego wiadra
albo łopatami ziemi z czarnego padołu.
Wybieramy brudne epitety z czystej całości.
Niżej, coraz niżej odliczamy w centymetrach
prywatne głębie.
Rywalizujemy dla samej zasady
a uczuciom pozwalamy kibicować
bądź kupować hamburgery w czasie przerwy na posiłek.
Nowe zjawisko zabarwia ten system
na kolor purpury,
ale to tylko inna głębia,
tego, co pragnie być uczuciem. (30 czerwiec 1999)

KU ZMARNOWANIU
Zmarnować można
niedojedzone części owoców,
atakowane przez słońce i owady.
Dobrowolnie wypełniane
wątłą nutą zepsucia,
ciekną kroplami potu między palcami.
Reflektorami dojrzałości kuszą ludzi
do spróbowania
umarłych dla kubków smakowych soczystych esencji,
aby wiedzieli, że życie nie można zmarnować.
Zmarnować można jeden element istnienia. (04 lipiec 1999)

PATRONI BLADORÓŻOWYCH
W blado różach, perłach, morskiej soli
utopiła echa przykrych doznań.
Uśmiech popłynął a falą,
wyrzucając rozbitków następstw
w skorupkach muszelek.
Modliła się o spokój
jakby cichy pas tej części świata
hałasował zdolnością jasnowidzenia
na najbliższe tygodnie.
Nagość stłamsiła dziecięcy upór
bycia dorosłą i popchnęła w ciemność jaskiń,
martwiących o kobiety w blado różach
ze znikomą wiedzą o żywiołach za ich plecami. (04 lipiec 1999)

GRAMATYKA
Zgubiliśmy „ją”.
„ona” w ferworze minionych wskazówek
pomaga praktyce ćwiczyć kruchą słodycz.
„ ono” odpada w grze liczby pojedynczej.
My wiemy,
wy wiecie,
oni niech zgadują.
Liczba mnoga ma więcej trudności,
bo ze zdwojoną siłą wiruje wokół zachłanności.
Ostały się resztki na talerzu
w mojej, twojej, jego jadalni.
Nic prostszego. (15 lipiec 1999)

ANIOŁY
Anioły wdarły się w tajniki prywatności.
Frywolnie odkrywały wydobywające ciepło.
W letniej serenadzie zastygły pióra.
Z powietrznych akrobacji ostała się małostkowość.
Anioły nią powleczone
podglądały narastające uniesienie,
jakbym za to mogła otrzymać zapewnienie wierności
albo przywiązania do kobiecego ciała.
Głębokie zakamarki prób
wyostrzyły groty strzał.
Z anielich piórek zrobiłam
zasłony przed wrogiem.
Pilnujcie mnie. (19 lipiec 1999)

NISKO
Wstyd przed nieznanym
przynosi klęskę zagubionym,
z trudnością łapiącym oddech.
Tłamsimy go w sobie.
Zapadamy w stan odrętwienia,
paraliżujący przed czymś ziemsko cudownym.
Oczy wstydu coraz bardziej drwią
potęgując przygnębienie,
linczując fałsz i jego formy pośrednie.
Manekiny upadają nisko;
Poniżej poziomu odrętwienia. (22 lipiec 1999)


TAMTO
Wyszedł tam,
bo moje miejsce dawno zajęte
….. dla mnie.
Za zakrętem pojawione irytacje,
postępowały drobnymi kroczkami.
Brnąć przez minuty podobne do odsłoniętych,
to zaliczanie wrażeń ze spotkania.
Daliśmy zbyt mało spłoszonego uczucia.
Uschło przemijanie.
Uschło i tamto. (21 lipiec 1999)

SKRAWEK SIEBIE
Wyjęłam najcenniejszy
skrawek siebie.
Wszyłam w aksamitno – czerwoną poduszkę.
Na niej spoczywa moja głowa,
odjeżdżająca cadillakiem
w stronę miejsca zbiórki sumień.
Obłożone w kolorowe papiery
pozwoliły sprawiać mylne wrażenie.
Pisk opon, klaksony, wypadek…..
Obudzona, rozrywam poduszkę.
Nie ma skrawka.
Ja i poduszka zacerowane dratwą.
Brzydko. (26 lipiec 1999)

PODSTĘP
Pomieszczenie.
Rzucone w kąt dawne przyzwyczajenia
wydają się śmieszne.
Analogia instynktu mówi o instalacji:
ciepło rozgrzeje zamrożone kontrasty.
Dam ogłoszenie: na sprzedaż……
Ulec kolizji może impulsywność
albo nabywca,
naturalistycznie obchodzący się ze sobą.
To miejsce niedługo eksploduje. (30 lipiec 1999)

AMBICJA
Ambicja patrzy w oczy
lecz nic z tego nie wynika.
Przemyka obok urażona
mało precyzyjnym sposobem jej szukania.
Dusi w sobie pokusy, gniecie nowe…
Zwątpienie staje na drodze.
A my grzeszmy w piękny sposób,
łudząc, że nam wybaczy.
Pragniemy rzeczy ryzykownych,
zamiast ryzykować w tych osiągalnych.
Są trudniejsze, bo tak blisko;
Tuż za plecami ciągłego pożądania
rzeczy ujętych w zakazanych aspiracjach. (30 lipiec 1999)

CODZIENNOŚĆ
Głupia codzienność ciągle czegoś od nas chce.
W imię czego litujemy się nad nią?
Niszczymy, naprawiamy… straszą karą.
Nie wypowiadane głośno wartości
sztywnieją z zimna,
szykują plan zemsty dla obłudnej pannicy.
W sobotnie wieczory prawi morały
barowym krzesłowiczom.
Egzaltowanie dowodzi,
że prostota nie zakazuje się doskonalić
a wyrafinowane piękno jej poniżać.
W niedzielę większość opuszczonych głów
przyzna o nieistnieniu rozmowy;
W pruderyjnym złożeniu tanich przysiąg.
Ach ta naiwna codzienność ! (03 sierpień 1999)

ROZCZAROWANIE
Stłuczony dzban westchnień
opada zniechęceniem,
pokrywa przedmioty lepkim nalotem.
Bajeczne wizje, kolorowe perspektywy
zamiecione w kąt, demolują salon rozsądku.
Większość połamanych mebli
ulega zamianie na modne grupy nowicjuszy.
Spragnieni, kleją skorupy dzbana
…. dla powtórnego napełnienia.
Lepki nalot przeistacza zdobycz
w marmurowy posąg.
Nowicjuszem warto być
bez umowy na dźwiganie konsekwencji. (03 sierpień 1999)

UMOWA
Lapidarna konsekwencja.
Nieścisłości przeniesione do sali obok.
Filigranowe „więc” przewraca lekkie eksponaty.
Co za niezdara!
Otwarta winda czeka na półpiętrze,
falsetem śpiewa piosenkę. Znaną.
W notesie na drugą kolejne spotkanie.
Poprzednie nadaje się do wymalowania
szminką, tuszem, cieniami,
wypchnięcia na ulicę
w celach zarobkowych. (04 sierpień 1999)

WYLICZANKA
Jeden
wózek z pieluchami na skwarze.
Dwa
ogórki skrojone do mizerii.
Trzy
pędzle zamoczone w terpentynie.
Cztery
uprane ręczniki.
Pięć
papierosów w znalezionej torbie.
Reszta bywa
marudna, mokra, małostkowa
…. wczorajsza. (04 sierpień 1999)


NIECHĘĆ
Po papierosie w ciemności mam spowiedź.
Modlitwę zmówię na nowo.
Lakierowana w konkursie odpowiedź
wybierze z trojga właśnie mnie królową.
Daremne plakaty, apele próżne.
Ulepionam z ciasta jako twarda bryła.
Obca mi hańba z wieczorną jałmużną,
co w paraliżu bajki tworzyła. (11 sierpień 1999)

POZA POSTANOWIEŃ
Deseń postanowień
z upływem lat ciemnieje.
Lekko podnoszone owoce pracy,
plamią fartuchy zgnilizną zdobycia.
W żądzy małych egoizmów
zaprojektowany deseń blednie.
Ogarnia strachem nagość; zmarzniętą, wychudłą.
Spisana intercyza wymazuje z grafiku
akt zmęczenia.
Postanowienia pozują do wstydliwych zdjęć.
Zaczynamy od czytania artykułów
z pierwszych stron gazet. (12 sierpień 1999)

SZTUKA EKSPRESJI
W pluszowym szalu zadowolenia
podgrzewałam zapomniane piosenki.
Dla nich mdlałam na sofie ociężałości
byś ratował z banalnych opresji.
Kartony przeprowadzek pakowały nuty.
My wtenczas łapaliśmy klucze wiolinowe za szyje,
by sprawić przykrość uporowi,
nachalnie wspominającemu o obowiązkach.
Sztuka karcąco obserwowała
nasze zaangażowanie,
zakochane albo zauroczone. (13 sierpień 1999)

WYMAGANIA
Masz brudny podbródek.
Znowu jadłeś miłość?
A prosiłam. Za godzinę będzie obiad.
Zapnij więc guziki podniecenia,
wytrzyj wilgotne usta.
Gdzie są naczynia?
Potłukłeś by jeść z plastikowej miski!
Nie szkodzi. Przyniosę ze sobą.
Usiądź więc ze sztućcami do stołu,
otwórz wino pragnienia.
Zdejmę jeszcze fartuch, poprawię fryzurę.
Pozwolimy podniebieniu degustować…
Jak również wybrzydzać.(13 sierpień 1999)


WIZYTÓWKI
Śliskie płaszczyzny zapoznania
molestują myśli,
lubieżnie rozrywają wewnętrzne „TAK”.
Wahamy się w przedsionku godności,
lecz sprawiamy przyjemność
niebiańskim proroctwom.
Litery wypalają wzrok.
Cyfry zatruwają żołądek.
Cyrkulacja danych wymiera? (14 sierpień 1999)

NARODZINY
Słodycz owoców
butwiała między ustami.
Woda zagnieżdżała się w dołkach policzków;
biegliśmy do siebie.
Tulona łata odosobnienia
nie pasowała do kurtek, torebek, koszul.

Modlimy się do Pana –
upadamy, podnosimy, idziemy, biegniemy.
Świece przeznaczenia
zawsze docierają do zalążków powstawania.
I pestki zbutwieją… w codziennym zużyciu.(15 sierpień 1999)

ŚLEPA
Ślepnę
dla kłujących pochwał.
Czerń pochłania odpadki
jakie upychałam pod bielizną.
Zamazane obrazy
wypadają i kaleczą.
Powierzyłam dotykowi
jutrzejsze przywrócenie wzroku…
Upadłe złudzenia,
upadłe kalkulacje.
Ponownie oślepnę…
Miażdżąc mało ważne pochwały.(17 sierpień 1999)

SEKSOWNY WYGLĄD
Wieczorna kreacja
zmuszona do uległości,
zawiesza wdzięki na wieszaku.
Fetyszyści uwalniają eksplodujące
reakcje przed moją sypialnią.
Tną noc na etapy zdobywania.
Niemożliwe bym zapomniała o zamknięciu domu…
Wtargnęli siłą,
wentylem opuszczonych spraw
w celu nazbyt materialnym dla wieszaków…
Zatruci marcepanem sytości
skonają u stóp wieczornej kreacji.
Oszołomione gałgany
sztywniejsze od metalowych wieszaków,
przylgną do intymności.
Spływający po brodzie niesmak
zmieszam z wulgaryzmem marcepanu.(22 sierpień 1999)

POSĄDZENIA
Erotyka odległych kształtów
Przybija nasze stygmaty do trumien.
W tle marsz Mendelsona
a pod woalem fałszywej boleści
panie rutynowo moczą chusteczki.
Wyciągamy z prostokątów fanty
dla równego podziału czyjejś niewinnoci … brakiem skazy.
Płaskość upragnionej cnotliwości
sama zgniata w ramionach
…domysły przypudrowane słodzikiem.
Korowody deserów
szturmują nas –
– uosabiających jedynie odległe kształty
z erotyzmem.(23 sierpień 1999)

ENTUZJAZM
Masz zmęczony entuzjazm
dotychczasowym wyciąganiem z siebie nowości.
Brud za paznokciami
Podważa czystą reputację.
Znikasz
na byle odległość,
z prośbą o łopatę ziemi do przykrycia
powstałych wydarzeń.
Odnawiasz dawne stosunki
z mrówkami zajadle walczącymi o chleb
i wybierasz z bankomatu
kulminacyjny punkt istnienia
…na niezwłoczne przedstawienie.
Werwa do działania nie powraca.
Wracasz ty.(24 sierpień 1999)

ZAKOŃCZENIE
W krwi zakrzepłe wstęgi morałów
wypełzają na czyste koleje dróg;
błyszczą poświatą,
która zgasła w upuszczonych koszyczkach.
Kolekcjonowane bibeloty
przeszkadzają teoretycznym konkluzjom
osiągać właściwy poziom
w przyswajaniu skończonych wiadomości
…. znajomości.
Praktyczny stan kontynuacji
popycha niczym niewolnikami
na plantacje niepewności.
Bicz nad głową wskrzesza bunt
do walki o najlepsze. (29 sierpień 1999)

Permalink Leave a Comment

Styczeń – Marzec/January – March 1999

1 December 2009 at 21:49 (Poems/Poetry) ()

CIAŁO LUDZKIE – ŚWIĄTYNIA
Wczorajszy niepokój odmówił trzy pacierze,
żegnając ukłonem pustą świątynię.
Powycinane z magazynów zdjęcia
wtaczają się do wnętrza,
tego nieprawdopodobnie chłodnego pomieszczenia.
Leżą pogniecione, zniszczone,
obmyślające strategię nowego położenia.
Świątynia z pobłażaniem zerka na swoich wiernych.
Nawet ona potrzebuje zwracać się z prośbą
o urodzajne plony swojej pracy. (08 styczeń 1999)

SPŁATA
Skryłeś ją za fotografią na fortepianie.
Wygłodzony organizm zemdlał;
Upadła, burząc dotychczasowy porządek.
Przyjechała karetka,
wzbudziła ciekawość….
gapie wypełnili ramy okien komentarzami.
Ofiarowali ciekawość oraz wścibstwo.
Zaszywszy wargi dratwą,
poszedłeś do banku po pożyczkę.
Byłeś nawet w kościele pomodlić za jej zdrowie.
Odeszła, by mdleć za fotografią na fortepianie-
Winna równoważności pożyczki bankowej. (25 styczeń 1999)

MĘSKI MEŻCZYZNA
Zanurkował w książkowych przypadłościach.
Owładnięty żądzą posiadania,
dał się uwieść klasycznej intrydze.
Podstępem wymazał rozdziały,
zahaczające o jego prywatność.
Usunięte poszlaki to nie wszystko….
Zadowolony mężczyzna
promienieje męskością;
odwiedza kobiety,
dodające punkty do wyroku ławy przysięgłych.
Skazany. Winny. (26 styczeń 1999)

KOBIECE KOBIETY
Próżne jąkanie,
sarkazm wyjęty z gardła,
wszędzie pończochy.
Aż strach je dotykać.
Podchody, zakamarki – stoją za wami.
Kuszące wonie, matowe skronie.
Czerwone usta proszą.
W koszyczku pojękuje pastylka.
Zjedz ją kobieto!
Przytyła od dużych kłamstw.
Pod pastylką leżała kartka:
zabij się, ale nie zabijaj innych.
Kobiecość – jakaś ty łatwowierna. (28 styczeń 1999)

ZWYKŁY DZIEŃ
Patrzysz z drugiego końca kawiarni.
Jak ja nie lubię takich natrętów.
Mam mało lat,
myślę o księciu z bajki, nowej spódnicy i urodzinach Anki.
Piję kawę, ale ręce mi drżą… bo patrzysz.
Skrępowanie wyzwala chęć głupich gestów.
Pokazałabym język, gdyby nie twoje zęby…
Masz ładne zęby.
Coś mówisz do kelnerki… zerkacie na mnie….
lepiej już pójdę.
Zostawiam napiwek, nadgryzione ciastko i plasterek cytryny.
Echo słów kwaśnieje w ustach, mogłam zjeść to ciastko.
Jeśli to ty byłeś moim księciem z bajki,
gdzie twój miecz i koń?
Poszłam, bo byłeś taki zwyczajny. (28 styczeń 1999)

SIEĆ LAT
Powlekamy ciała pajęczynami
dla dodania sobie lat.
Dorosłość wysusza z fantazjowania o zbłąkanym,
starającym rozplątać z naszej sieci.
Mruczymy w poplątanym kłębowisku.
Zanikamy. (30 styczeń 1999)

ZABITYM
Brudnymi od lukru palcami dotykasz brokatu.
Porozrzucałam go detektywie,
abyś znalazł miejsce zbrodni.
To przykry widok,
zważywszy, że znajome twarze.
Czy na świecie nie jest tak,
iż ktoś odchodzi i ktoś przychodzi.
„Ale” zgaszone ciężarem ust, umyka na swoją wyspę.
Mieli pstro w głowach, żetony w kieszeniach,
alkohol w źrenicach, tamburyny w dłoniach.
Występ za występem zwiększał ryzyko.
Brokat albo dowód.
Strzał. (05 luty 1999)

JULIA
Mogłam być Julią
ze skrzydłami pod sukienką
i wylądować na marmurowym balkonie.
Poszłam natomiast do szkoły,
by niweczyć plany historii.
Jestem Julią,
usuwającą rejestry szufladek.
Bałaganię umysły zarażone prostotą.
Kpię z nich, gdyż tylko ja wiem jak to robić:
Nawlekam nitkę na igłę,
wybieram najprostszych,
kłuję delikatnie, potem coraz mocniej.
Po wyładowaniu całej złości,
wyciągam z szafy skrzydła.
Odlatuję do swojego kraju.
Mogłam być perłową Julią bez słabostek.
Jestem Julią wabiącą ku sobie anonimowych. (09 luty 1999)

ZAKŁADNICY
Skneblowane kukły
mają czarne paznokcie od mocowania ze sznurami.
Niewyspane, głodne
słyszą głos radia, dom obok.
Rutyna przyczaja się na blaszanym dachu
dla przypatrzenia bezwartościowym zakładnikom.
Terroryści po wydaniu
uroczystego bankietu na cześć zwycięstwa,
zwracają kukłom
w kopercie ich honor
….. z plikiem agonii następstw. (11 luty 1999)

MAŁOMÓWNI
W porcelanowych postaciach
akumulujemy nagłe pasje.
Same sobie pomagają upaść z wysokich pięter
na mielizny klęski.
Odrębnymi kawałkami podcinamy skrzydła –
zbyt stanowczym i upartym.
Mimo pory na obiad
oczyszczamy pasy podłóg z delikatnych ozdób,
które zwykły przykrzyć się
małomównym małżonkom.
Małomównym przyszłym małżonkom. (11 luty 1999)

HANDEL
Błaznujemy byle gdzie, byle z kim.
Pieczemy szarlotki z jabłek niezgody.
Sok kapie rzęsami w dół.
Melodramatyczny ton spekuluje
kilogramem owoców na cenie uczciwości.
Mały sprzedawczyk z zezem
targuje między nami błaznującymi,
a zgniłą częścią zamorskich frykasów. (13 luty 1999)

ROZCZAROWANIE
Choć biegniesz przed siebie i widzisz swój zamek,
ukryte za mgłą szepty lub śmieci.
Przetrzyj snów szybę mlecznym szalem,
porównaj gdzie bawią się dzieci.
To przecież tutaj doświadczeń zdobytych
paliłeś na stosie dla niepoznaki,
wśród których leżał zabity
pajacyk kaleka na ludzkie wieszaki.
Dały ci dzieci z jabłka słodycz,
kroplami cieknącą po brodzie.
Mogłeś odkrywać złe jego strony,
czekając z innymi na mrozie, o głodzie.
Poznawszy przeszłość stanąłeś w miejscu.
Podarty szal, zburzony zamek.
Krzyk dzieci odleciał kluczem żurawi
z przywiązanym szeptem.
A w mlecznej toni ktoś puścił za ciebie
z drobnych kwiatuszków upleciony wianek. (07 marzec 1999)

Permalink Leave a Comment

Sierpień – Grudzień/August – December 2000

1 December 2009 at 21:31 (Poems/Poetry) ()

RACJONALIZM
Czerń kawy upoiła
egzotyczny zakątek świata
doznaniami pochopnymi
lecz jednocześnie sycącymi.
Zwariował.
Myślał o kosztowaniu następnych.
Paranoją było zmieniać położenie
a męczarnią rozstawać
z wysublimowanym smakiem.
Egzotyczny zakątek skurczył pragnienia
do minimum
i walczył z powszedniością,
zaznaczając w kalendarzu
odcinki chwil. (19 sierpień 2000)

(DWULICOWY) FACET
Był kochankiem kobiet
podziwianych, szanowanych.
Był lustrzanym odbiciem drani
wyrządzających im krzywdę.
Zmądrzał ?
W czarnym garniturze i przyciemnionych okularach
kłamie kobiety.
Papierosy, drogie drinki
uśmierzają poczucie szacunku.
Ich przytakiwania
oblewają prawdziwe oblicze musem,
który TRZEBA zlizać.
Gdy jest po (wszystkim)
chowa pukiel włosów do butonierki.
Niech inni widzą
jak ciężko na to zapracował. (19 sierpień 2000)

POŻERACZE PRZYSZŁOŚCI
Pożeracze przyszłości
lubią wyrywać włosy z kobiecego łona.
Jedynie ci sami mogą
drapać czeluści opieszałości.
Nie mają czasu.
Biorą prysznic i wychodzą na umówione spotkanie.
Energicznie zjedzona kolacja
obiera z pożeraczy skórkę tajemniczości.
Czyni rzadkie okazy marnym osadem,
oglądanym na dnie szklanek.
Fiolet bezczelności
przylepia się do siedzeń,
bo jeśli nie wiesz
siedzisz zamiast pożeraczy przyszłości
na worku bez dna. (01 wrzesień 2000)

ROZCZAROWANIE
Bardzo małe igiełki
zatopiłeś w ciałach,
które kupiłam na wyprzedaży pluszowych maskotek.
Najdroższe,
przygniecione ciężarem skórzanego buta
smakują jałową ziemię.
Ich pycha miażdży opanowanie.
Wbite igiełki
przeszywają kolorowe futerka na wylot….
a mimo to sadyzmem się nie udławiły.
Rozczarowany ?
Ja też. (03 wrzesień 2000)

PODRÓŻ
Opowiadali o zakątkach,
które nie mają prawa istnieć.
Tworzyły obraz marzeń
cichych sadystów,
karmiących łyżkami zasuszone dusze.
Wspólna zawiść
o lepsze jutro…. czarodziejskie jutro,
jest tym, co łączy załamane miejsca
w drogowskaz niepewności.
Świece określają ich położenie –
Wędrówka.
Jaśniejące w dali punkty
kucają niezauważone pod parasolem kamuflażu. (05 wrzesień 2000)

POSTĘP
W ubiegłą środę nocna lampka wpadła
do zakątka perwersji.
Skaleczyłam się, trzy dni i trzy noce
targując o jej duszę.
Ostrość wymówek wybiegła wzdłuż alei róż,
kusząc do popełnienia błędu.
Nocna lampka naświetliła
swój punkt widzenia,
ganiąc za diabelski podstęp.
Trzy dni do nadrobienia,
rany do opatrzenia.
Wyrozumiałości brak. (10 wrzesień 2000)

PRZYSTANEK
Chciałoby się wykazać kreatywnością
lecz samotność szydzi.
Co jest złego w wyganianiu upokorzenia z pokoju,
w którym roi się od złotego pyłu.
Pycha dostraja się
do moich potrzeb i przyzwyczajeń.
A mimo to gubię ją,
jak gubi się rękawiczki w autobusie;
pustym z przemęczenia jazdą
na przystanek nowych oczekiwań. (04 październik 2000)

WE MGLE
Wodząc palcem po kątach zakurzenia,
spowijasz obawy mgłą spokoju.
Mgła przybiera kształt pretensji
o niedokończone rozmowy
jak i nie usłyszane przeprosimy.
Głuchy telefon…..
UFASZ MU ?
Muślin oszczerstw zatapia się we mgle.
Buty zniszczone dreptaniem od drzwi do drzwi,
przystaję, wczoraj albo dziś miał przyjść.
Dudni od adrenaliny wewnętrzny sędzia.
Rozstrzyga sprawy warstwami mgły. (11 październik 2000)

ODWAŻNYM
Gęsty sos nostalgii wylał się
na rysujący w wyobraźni talerz wolności.
Była to poza wytrwałości i kompromisu.
Niby podwójny uchodźca –
– wygnany ze swej przeszłości i przyszłości swoich dzieci.
Mały,
ale zdolna do przesuwania przedmiotów
za ćwierć dolara,
bo jest w tym tyle poświęcenia i stanowczości,
co w ogromie nauki jak należy żyć
przyzwoicie. (01 listopad 2000)

ZNAK
Poprośmy o znak,
który zakryto by dymem najlepszych papierosów.
Nic nie posiadaliśmy
choć mieliśmy wszystko.
Karcące głosy szarpią rozmarzone westchnienia
w stronę teraźniejszości.
Iluzjonizm sam nie oceni gdzie nasz dom.
Ewakuacja – czyja?
Tyle w niej pokoju co w szczątkach ludzkich.
Przecież przypełznie cierpienie i znak nie będzie potrzebny.
Lepiej przytulmy się do siebie. (01 listopad 2000)

REZYGNACJA Z DNIA
Dzień jak przebudzenie martwej kobiety
pokrywa zgnilizną głębokie uczucia.
Szydzić z ludzkich słabości
w zapracowanym mozole wieczności
bywa słabością samą w sobie;
ciałem, które nie objęło żadne ramie.
Zgniatane uśmiechy ciężarem zawiści
przypominają nieproporcjonalny stosunek
praw i obaw.
I to coś co sprawia dodatkowy ból sercu
leży aby już nigdy nie wstać. (12 listopad 2000)

LITTLE GIRL
Zdrapałam z nosa piegi
bo nie pasowały do koloru wstążek we włosach.
Zresztą wolałeś na lody zabierać
maleństwa w różowych lakierkach.
Wrażliwość nasączona jak tampon
mazią skromności,
strąca porcelanę z okien onanizmu na plac zabaw.
Przybiegam łatwowierna
na zawołanie.
Kreujesz nimfetkę
by móc maltretować moje zawstydzenie.
Różowy tak nie bolał. (20 listopad 2000)

ZŁOTY PERIODYK
Oznaczasz secesyjne pomieszczenie
blaskiem złotych niteczek,
przerwą między zębami.
Mógłbyś podtrzymać ten stan uniesienia,
ale nie,
chowam w skorupce pragnienie ciszy.
Monety jak grzeszki toczą się po podłodze.
Bez pokuty, wykonują krąg cierpienia
i secesja – bańka mydlana pryska.
Czas: złoty periodyk
mięknie w naszych uściskach…… Jeszcze ? (01 grudzień 2000)

UZDROWIENIE
Czas, niczym pędzel malarza,
nałoży emocje na świeżą udrękę.
A kiedy farba miesięcy i lat
utworzy warstwę dostatecznie grubą,
by zakryć koszmarne przeżycia,
miękkie światło sprawi rozkosz
wyleczonym
z pieszczotliwych pokus. (24 grudzień 2000)

ŚWIĘTA
Postaram się…..
Zgniecione dodatki z piernika fruną
do nieba na chmurkach.
Pierzynka bieli, zbyt ciężka by unieść się,
ląduje na tradycyjnym stole.
Tam słucha o pokorze i wybaczeniu.
Zakryta blaskiem świec
żądam kolęd,
bo gdy wypełnią pustkę
może odnajdziemy się
we wspólnych życzeniach. (25 grudzień 2000)

PRZELANE KROPLE
Ostre kolce zimnego deszczu
przybijały szachownicę cieni
do chaotycznie rozmieszczonych plam.
Myśleliśmy, że zejdą po zwykłym „przepraszam”
lecz zabłądziliśmy…. zabłądziliśmy?
wraz ze wspomnieniami napłynął smutek,
żal za zmarnowaną szansą,
niemal przytłaczające poczucie utraconej niewinności.
Każde uderzenie kropli było jak tykanie zegara
odliczającego cenne sekundy.
Czas rozmywał się w deszczu
by strumienie ważnych chwil
spłynęły do rynsztoku. (25 grudzień 2000)

Permalink Leave a Comment