Kwiecień – Czerwiec/April – June 2001

19 November 2009 at 2:42 (Poems/Poetry) ()

DO DOMU
Stanęliśmy w gęstej jak futro
ciszy – garmażeria kobiecych fanaberii.
Trójkątne pole wyczekiwania
pokiwało nam głową,
wyjęło farby by podmalować fragmenty życia.
Wybielona cisza brudzi nasze intrygi,
zostawia krzykaczom pastylki przedprawdy.
Krzykacz umieszcza ją w muzeum swego serca,
które często zwiedza.
Nas otacza niepewny sad zmyślonych historii,
ale co tam: na kolanach też dojdziemy do domu. (01 kwiecień 2001)

MLEKO
Poczułam się,
jakby mi ktoś wlał do głowy
dzbanek ciepłego mleka.
Posępne doznanie,
mokre a jednak zdrowe,
kapie poza futerałem.
Boso, w jeziorze zguby
trzeszczą pytania.
Wycierałam zalane lustra
stróżami porządku.
Milkną suche odpowiedzi.
Lśnię nocnym zmęczeniem;
po niewinnych katastrofach
przychodzi pragnienie. (10 kwiecień 2001)

ALKOHOLIK Z WYBORU
Postąpiłem źle, co sprawiło, że czułem się uwięziony
w klatce poza jej klatką.
Groby grawitacji wdzierają się w samotność….
czy butelka wódki starczy do rana?
Zabłądziłem po raz kolejny,
łudząc, że rozsądek skarci JĄ
za cukrową opiekuńczość.
Tkwię w klatce,
susząc pranie przynależności do tego miejsca,
grając w otwarte karty ze ślepą przeciwniczką.
Czasem oszukuję,
bo mi na to pozawala.
Jeszcze ostatni łyk i zapomnę kto tu jest draniem. (14 kwiecień 2001)

WYRZUTY SUMIENIA
Widzę scenę,
w której biorę prysznic.
Z zamkniętymi oczami wtulam w gorące strumyki ulgi.
Pożeram je łapczywie,
pokonując barierę dozwolonej ilości odprężenia.
To krew spływa po mnie,
przywdziewa na ciało pokutny płaszcz,
które oczekiwało oczyszczenia z minionego chaosu.
Dostaję zawrotów głowy,
ale dostaję to czego chciałam.
Jak wybawiona rozmazuję ścieżki zakrzepłej czerwieni
wokół piersi.
Zbyt surowo się oceniam… (14 kwiecień 2001)

CHWILE
Te chwile, które przygniatają
soczystością i wyrafinowaniem
najrzadziej lokowane są w rubrykach brukowców.
Skaczą z trampoliny
na materac miękki od wysiłku,
bo wyrażają chęć skoczenia
mimo wysiedzianej wygody.
Są językiem zbuntowanych wyrażeń,
frazesów oklepanych w miodzie.
Pragnęłam je zniżyć do poziomu zwykłych dni,
ale nie jest to proste.
Z podniebnego obserwatorium sypię srebrnym pyłem,
bym mogła go wpychać do swoich ust
-Lekarstwo potępienia. (18 maj 2001)

SAMOWYSTARCZALNOŚĆ
Bylibyśmy głupi
roztrzaskując na skałach
poprawności i dumy.
Żadnych światłocieni,
przecież walczymy z cieniami cienia.
Nadwyrężone oczekiwania
giną w studni widma funkcji okresowej.
Funkcja odbija ambicje,
wdzięczne za aplauz.
Papierowe samoloty
szybują ponad wierzchołkami wątpliwości.
Niektóre rozbite,
lodują na skałach.
Zniekształcone i niezgrabne
czekają na pomoc. (04 czerwiec 2001)

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: