Lipiec – Sierpień/July – August 2000

29 November 2009 at 22:34 (Poems/Poetry) ()

W MATNI
Niespodziewanie zagubieni,
przeradzamy pragnienia w czekanie.
Czekaniem łudzimy obietnice.
Metafory zlizują śmietankowy mus
z powierzchni na pół przerąbanego świata.
Stajemy w świetle pogubionych prawd
skazani na siebie, wyczekujący powrotu cieni.
One zostaną ukradzione.
W czynie tym znajdziemy
pierwotny zamiar pragnienia nienawidzenia
czystości ludzkich postępów,
z powodu których raptem
zagubiliśmy się. (01 lipiec 2000)

OBOWIĄZEK
Sponiewierany głód,
zajęty udawaniem,
że przezwyciężyć ciekawość
to nie pusta czy naganna decyzja –
ofiarowuje na odwieczne zamazanie raptowność.
(skromny hipokryta).
Niuanse – wspaniałomyślne ich testowanie.
Demaskują zwierzęce instynkty, sztućce, wielokrotnie kserowane kłamstwa.
Głód nie jest w stanie policzyć
ile razy był głodny, bo nie był.
Obowiązek utożsamiania z noszonym imieniem
przygniata gotowy do wykreowania wizerunek.
Zabija w nim… coś znaczącego (01 lipiec 2000)

ZDRADLIWE ZDRADY
Miłość rozszyła szwy serca by tam koczować.
Emanujący zmysłowością półmrok
dusił nieprzyjemną woń rozgoryczenia,
bronił ciepłym szeptem męskie ego… przed miłością.
Wybierali między kompromisem
a zarodkiem dziecinnej zdrady.
Paradoksy obecnych wzorów
wydostawały z nich pogardę
dla owych romantycznych uniesień.
O dziwo zgubili notes niedorzeczności o zdradzie.
Raptem obydwoje zmienili miejsce zamieszkania.
Wyjechali zdradzając serce. (04 lipiec 2000)


ZAPAŁKA
Stałam się zapałką martwą w bezreakcji.
Odmarznięte sumienia tak krótko topniały,
że aż zapomniałam schować do lodówki.
Spalam się,
urażona tkliwością stojącego obok latarnika,
którego skreślone pomysły straszą cieniami;
Rozmazują mój własny styl
z sentymentalną tradycyjnością.
Spalam się
gotowa usłyszeć kojące: zgasła. (05 lipiec 2000)

ODKRYCIE: ZWINIĘTE PRZYSŁUGI
Pozwoliłam odwracać do góry nogami:
przysługi zwinięte w rulon wyobraźni.
Ten przytułek dobroci,
wyryty na ramieniu prawdy –
– Matowieje –
by odebrać sobie zaszczyt napawania zwycięstwem.
Sumienie pozbawione uczuć marszczy czoło.
Chciałoby gratulować lub obwiniać,
a nasiąka nicością.
Kiedy sprowadzam przysługi do pozycji wyjściowej,
bohaterowie świata, w zastępstwie dywanu,
rozwijają tenże rulon
pod stopy obserwatorów. (18 lipiec 2000)

NIEUSTĘPLIWY
Czarny ból zatrzymał się
w czasie bezkresnej wędrówki.
Lukrowani uchodźcy dworu
(zatopionego idącym emigranctwem),
przywracają gorycz, odrętwienie.
Spotkali się.
Raptem monotonne pieczenie
obszyło ich nicią moralnego upadku.
Próbowali stłumić ból nucąc rzewną piosenkę.
Przeświadczenie o zdradzie puka z zaświatów,
celuje w środek tarczy,
nie dbając o niknące błagania. (21 lipiec 2000)

TRON
Puste siedzenie po niewidomym
lepi się
do nowo pojawionych obiektów.
Dotychczasowa wzgarda
szydziła metrowymi odstępami
z wąskich prawideł ślepca…. by wreszcie przestać.
Zamiotła otrute czyny i pijane decyzje w garażu pociech.
Obiecał, że po pracy wróci do królestwa, zasiądzie na tronie.
Zabiją dzwony.
Wezwanie na mszę spowije niczym poranna mgła
nieboskłon pustych siedzeń
zaniedbanych z wyboru,
zakurzonych ze strachu
aż do otrzymania ostatniego namaszczenia. (05 sierpień 2000)

Permalink Leave a Comment

Kwiecień – Czerwiec/April – June 2000

29 November 2009 at 22:02 (Poems/Poetry) ()

SERENADA
Nawet nie odmawiaj….
Czymże są wspólne szaleństwa
topiące w wosku świec miniony czar?
Należę do księżyca,
który wykorzystał w pełni
schludnie noszony płaszcz dziewictwa.
Osaczasz.
Szybko i gwałtownie oboje ściągacie płaszcz.
Czymże są wieczorne krzyki
gdy nocna serenada zagłusza
w pełni
tamte cienie, impulsy i ucieczkę w ocean czystości. (02 kwiecień 2000)

PECH
W chemicznej rzeczywistości goni mnie dziewczynka.
Ma czarną wstążkę i nożyczki.
Czerń – adrenaliną, która mogłaby przybyć przed nią.
Nie znamy się… to nawet lepiej.
Łatwiej będzie wycierać kafle walki
z purpurowej zemsty.
Lalki ogarniają wzrokiem łan wisielczyń.
Głupie lalki: też muszę powiesić.
Ta mała (dziewczynka) nie przeszkadzała mi.
Brak taktu popchnął ją w moją stronę. (22 kwiecień 2000)


POKUTA
Rozebrana, kłuję w strach włócznią szyderstwa.
Tylko modelka pozapina
co zostawię na pastwę losu. Podam jej rękę
byśmy mogły przekroczyć planetarium kształtów.
Cichnące nawoływanie do buntu
pobudza pulsowanie w zrezygnowanych ciałach.
Gwiazdy odradzają nam
rezygnacji z koczowania w planetarium;
Ale to postanowione.
Inne niż każde rozebrane tarcze szykan,
pokutujemy w milczeniu zwątpienia. (01 maj 2000)

OBOK
Posiniaczone słowa,
krojone w poprzek ludzkich możliwości
są nasycone kompleksami.
Nie sposób kryć się w ramionach dojrzałość
gdy właśnie ta dojrzałość
niszczy nuty harmonii.
Produkujemy antidotum
i czekamy
aby następny korowód pojęć
mijał wolnostojące budynki
z większą obojętnością niż dotychczas. (14 Maj 2000r.)


W POZYTYWCE
Pozytywka niespełnienia
mamrocze do snu
wieczorną modlitwę narzekania.
Zanurzasz się
w czeluściach atłasu
by poczuć smak
zakrzepłych fantazji.
Monety – łgarze, żebrzą o milimetr spokoju.
Chowasz je miarowym ruchem w skrytce pozytywki.
Kołysanie własnych zmartwień
powstrzymuje niespełnienie
od bycia przyszłością.
Graj, graj. (05 Czerwca 2000r.)

NIEPOROZUMIENIE
Zerwany naszyjnik
rozsypał koralami na posadzce.
Są jak samotne planety,
z trudem zbliżające do siebie.
Kręcą brzuszkami wokół własnej osi.
Sfrustrowane, dopełniające stan bezsilności
westchnieniem wysłanego listu, nadanego telegramu.
– czasem pobrzmiewa nieodebrany telefon…
ktoś nawleka korale na nitkę,
ale bez skutku.
Panuje totalna cisza,
którą nikt nie śmie zapytać o jej koniec.
Planety odsuwają się od siebie
przy każdym uderzeniu
i po każdej nieudanej próbie połączenia. (02 czerwiec 2000)

******
Nie traktuj mnie poważnie
bo ucieknę jak spłoszony ptak.
Już uciekłam z krainy ciężkich dźwięków,
martwa, upadając na trotuar.
Ciebie anioł stróż zaprosił na piwo,
rozpuścił w butelce spragnione struny niecierpliwości
byś wypił do dna.
Rozkute w planetarnym czasie drzwi
są nade wszystko drzwiami,
które można otworzyć na oścież.
Więc otrzyj się o lubieżność
balansującą na granicy tańca miłosnego
a wzbiję się;
Zgubię jedynie garść piór. (12 czerwiec 2000)


PRZERYWAJĄC W PÓŁ
Śmierdząca ziemia zalana istnieniem.
Gorzkie spojrzenie bez miejsca na cienie.
Brutalna, durna walka o stołek.
Chmury dymu, łomot pałek.
Grana melodia nastrojów codzienności
przy obrazie świata podłości.

To wszystko dzieło łajna naszego.
Chęci brania, chęci dawania dla brania.
Prześliczne ilustracje czasu przeszłego.
Długie, utopijne godziny, minuty czekania.

Ludzie klasy pierwszej – arystokraci.
Żebrzący z żebraków, spóźnieni biedacy.
Ułomni kaci – uczniowie nieuświadomieni.
Paranoicy pracą bez celu zmęczeni.
Oryginały zamknięte w szklanej gablocie… (13 czerwiec 2000)

WIECZERZA
Bajeczny zaścianek
wyryty w stopie zła,
dosładza niknący apetyt
Pań i Panów z przedmieścia bulimii.
Mistrzowskie nuty,
permanentnie otaczają powłokę niedosytu
czymś na kształt zachęty do działania.
Rozrosłe uwagi
bezskutecznie pogrywają na ambicjach mieszkańców.
Przyrządzona mieszanina dobrobytu
stygnie. (18 czerwiec 2000)

WINA
Wina zwykła leżeć po stronie
zatopionych w oczekiwaniu.
Tych, którzy uprzezroczyśniają i wyklarowują.
Oni rzucają czerwone światło na profile
dla nas już z daleka oszpecające.
Nad resztą zapadł mrok.
Oblężenie przesiąknięte nadmiarem gniewu
znika w obłęd.
Szukani, przeciwstawiają się subtelnym muśnięciom,
zamazanym astygmatom winy.
Stękają w swojej bezsilności. (22 czerwiec 2000)

Permalink Leave a Comment

Marzec/March 2000

29 November 2009 at 21:51 (Poems/Poetry) ()

BIORCY MATERIALIZMU
Rozczarowane skarbonki,
pękające od pulsu przeistaczania
z miedzianych prawideł w szlachetne domysły;
głuchną odśrodkowo.
Odłamki kaleczą,
uwypuklają nicość
ciążącą amatorskim wyprawom pod gruzy….
aż do ostatniego, możliwego zakrętu.
Wpychajmy do skarbonek co się da
– przylgnie biały inspektor.
Zweryfikuje ich zawartość,
da potrzebne rozgrzeszenie. (11 marzec 2000)

SZUKAĆ SIĘ
Szukam siebie w łyżkach mleka i cynamonu,
a mimo to jednakowo smakuję.
Żółty tulipan podziwia z kamienną twarzą
tamtą wycieczkę po tożsamość.
Mógłby być tak wspaniałomyślnie uprzejmy
aby zwiędnąć.
Pozostawi samą sobie
w mozole trudu
upychanego to w jednej albo drugiej torbie.
Nie widzę źródła odpływu fantazji.
Bezsensowne.
Wybierać między pożądanym a koniecznym
kreuje z warstwy chaosu harmoniczne planety.
Jak pajęczyna
wiszę na nitkach wytrzymałości.
Łapię siebie na własne sieci. (20 marzec 2000)

(WIECZORNA) BIOCHEMIA
Coś dziwnego powoli mnie objęło…
Czerpałam makabryczną przyjemność z tych
przypadkowo wysuniętych dotyków.
Niedosyt możliwości
wypełnił brutalnym płynem
plastikowe namiętności.
Piekło.
Mogłam się śmiać, mogłam krzyczeć z bólu,
ale nie;
Wolałam patrzeć te kilka sekund
na śmiałe oblicze wyuzdania.
(nago). (21 marzec 2000)

RAJSKI UPADEK
Upadłam na rajskie zgnilizny,
by w posiniaczonych męczarniach
jeść serum dobra.
Wynikły komplikacje
i żaden lekarz nie nałoży szwów
na rozerwany ochłap.
Owoce turlają się od zmierzchu aż po świt.
Powstaję, wycieram się,
szoruję plamy na…., z.
Obok miejsca skupu butelek po sokach
rośnie drzewo.
Otaczające rajskie zgnilizny
konstruują w umyśle rośliny
hierarchię upadku wartości
z jakimi miałam styczność twarzą w twarz. (21 marzec 2000)

KIESZENIE
Miej w kieszeniach drobiny szacunku
dla wątłych dziewczynek w mundurkach.
Mogą waniliowe szepty
zgubić między przedziałami dla znużonych
jazdą w stronę jutra.
Siecią irytacji
zaplątane włosy posklejały
dla uruchomienia bezpańskiej obawy.
Śmiech we mgle przybliża upragnione przywitanie
z dziewczynkami w mundurkach
…… wykonane za darmo,
wręcz charytatywnie na zakup większych kieszeni.
Miej….. (29 marzec 2000)

Permalink Leave a Comment

Styczeń – Luty/January – February 2000

26 November 2009 at 0:01 (Poems/Poetry) ()

ODKRYCIE
Ostrość dowcipu i głębokość rozumu
znajdują się w stosunku wprost proporcjonalnym
do długości i szerokości naszych potrzeb.
Jeśli umysł przypomina
wiązkę wilgotnych drew,
których nie ima się żadna iskra,
rozświetlimy mroczne niebo?
Obok narzędzi tortur
do wbijania na pal ciekawości,
rozpinania pragnień – niewykorzystanych przez los,
Są odkrycia,
aby igrać z naszymi sercami,
a może z zupełnie odmienną strefą bytu. (1 styczeń 2000)

W SOBIE
Miej mnie w sobie
niczym wyzwanie;
bezmyślnym uporem dążone.
Zaplątałam się w pajęczym zaułku zdecydowania,
tam sądząc i drąc spisane na miękkich paskach rzęs
racje żywnościowe.
Jestem czasem niedokonanym,
bądź wspomnianym wyzwaniem
pochopnie ujętym w ramy chronologicznej zaprzeszłości.
Użycie czasownika posiłkowego
wymaga zrozumienia z czym ciebie utożsamiam.
Na wszelki wypadek
miej w sobie pastylki wyrozumiałości.
Znieczulą. (1 styczeń 2000)

A MOŻE SIĘ PRZYDA
Ziemia uboga i popiołem nieczysta.
Ty sprzątasz u dołu, a ja u góry.
Cóż znaczy usprawiedliwienie
skoro stopiona okładka czasopisma
zamyka „ale” szantażem „jeśli”.
Pod śliską powierzchnią gwarancji
wpychamy kolorowe projekty,
które ziemia nie zmieściła.
Na nic się zdały przepowiednie;
ubóstwo nie ma czym płacić.
My charytatywnie tyrając
przyjmujemy brud pod paznokciami
niczym pochwałę. (10 styczeń 2000)

ZACHŁANNOŚĆ
Dzieci namalowały w przedszkolu
stopione gałęzie osamotnienia.
Kłótnia o czarną farbkę
obudziła mokrą od potu rywalizację.
Przyniosła im dużo czerni
aż matki zapłakały.
Wilgotne kartki brystolu
suszą się na kaloryferach.
Pójdą do oceny,
następnie na wystawę.
Za wyprzedane pomysły
kupiono dzieciakom cukierki.
Pobiją jedno drugiego
dla zdobycia większej ilości. (23 styczeń 2000)

ZMĘCZENIE
Zmęczenie siada
w pierwszym rzędzie.
Dramat do wynajęcia
stempluje licytowane przez nią oferty.
Praca jak każda inna.
Wbiegają na deski artyści; fałszerze,
mobilizują do braw opuchnięte czubki palców.
Zmęczenie stare wewnętrznym przekonaniem
żebrze na ulgi podatkowe
(pod pretekstem utrzymania dramaturga).
Porwane podanie o pracę
dopełnia stereotypowy pogląd
o marnotrawnych braciach,
utrzymywanych z ciągłych wyrzeczeń. (31 Styczeń 2000)

BRUD ( ŻYCIA)
Otaczasz złem,
które ma spaść
i już się nie podnieść.
Przylgnie z brudem
do skrywanych za powłoką zniechęcenia przyzwyczajeń.
Zwyczajnie porywasz się na pomysły
leżące w koszu na śmieci.
Wieczorem gosposia wykona brudną robotę.
Zapłacimy jej złem.
W końcu stać nas.
Przepije wypłatę
i uratuje przed dalszym złem.
Ja mogłam do tego przywyknąć
…. to tym bardziej ona. (1 Luty 2000)

CZEKANIE
Czekanie, które zwycięża
daremne przyspieszenie wokół własnej osi,
musiałoby zasnąć albo obudzić zapasowego lokatora
w celu wzorowania na nim.
Zmarnowane, stracone
bilety na nocny seans
zamiatają drżącymi wahaniami.
Wieczorne głosy biją po twarzy.
Czekały na ewidentny dowód odwołanej zbrodni.
Powinny uczyć lekcji gry na pianinie
z brakującymi klawiszami,
których przeznaczeniem było czekać
aż olej ulgi rozleje się
na czystym odzieniu wzniosłości. (8 Luty 2000)

CZEKANIE 2
Dogonić spóźnienie
poprzez czekanie,
dogonić spóźnionych
poprzez refleks czekających
wiąże się z absurdem.
Rozczarowanie
zmiecione w labirynt wąskich insynuacji
szarpie talentem zadufanego pianisty.
Zegar z kukułką tyka głośniej niż
chrapanie zmęczonych czekaniem……..
wygnańców z miejsc
niewinnych w samym założeniu
albo odpornych na życiowe porażki. ( 9 Luty 2000)

WALENTYNKI
Zabawa w demagogie,
które nie koniecznie pozostają demagogiami
pakuje kiczowate serce
do tekturowych toreb.
Wędrują w przerwie na drugie śniadanie
pomiędzy odkryciem a doświadczeniem.
Zabrudzone piętno pogniecenia
ląduje na usłanej różami kanapie.
Stare szlagiery.
Wzruszenie.
Nic nie znaczące potknięcia
w zestawieniu z rozerwaną torbą
i sercem w obcym uścisku. (14 Luty 2000)


STABILIZACJA
Palcami strącenia
umykała stabilizacja.
Dreptała z tylu pochodu wolności
niczym bezdomny piesek.
Byle jak odfrunął w nieznane
tamten skrawek iluzjonizmu.
Pobudowano schroniska dla zwierząt.
Wypędzono czcze dyskusje na bruk.
Chodnikiem kroczą rzesze cierpiętników,
łatwą ręką odesłanych
do mylnego gabinetu dowartościowania.
Stabilizacja? Przepraszam, to na lewo w następnym korytarzu? ( 21 Luty 2000)

*****
Przecięte nożyczkami nici
– rozdwojony odcinek działania.
To nie jest zwykła dygresja,
tamtą zapisano protokoły
narad wieczornych.
Krawcowa fastrygowała
cały potencjał energii,
wycinając duże łaty
niczym plasterki sera przeznaczone na kanapki.
Ten załącznik kulinarny
mogłam pominąć
gdyby nie doskwierający głód.
Pokazowe stroje
bałamucą witryny z zaciekami
od martwych próśb
o szczerą unikatowość.
Dwa tory. (22 luty 2000)

Permalink Leave a Comment

Kwiecień – Czerwiec/April – June 2001

19 November 2009 at 2:42 (Poems/Poetry) ()

DO DOMU
Stanęliśmy w gęstej jak futro
ciszy – garmażeria kobiecych fanaberii.
Trójkątne pole wyczekiwania
pokiwało nam głową,
wyjęło farby by podmalować fragmenty życia.
Wybielona cisza brudzi nasze intrygi,
zostawia krzykaczom pastylki przedprawdy.
Krzykacz umieszcza ją w muzeum swego serca,
które często zwiedza.
Nas otacza niepewny sad zmyślonych historii,
ale co tam: na kolanach też dojdziemy do domu. (01 kwiecień 2001)

MLEKO
Poczułam się,
jakby mi ktoś wlał do głowy
dzbanek ciepłego mleka.
Posępne doznanie,
mokre a jednak zdrowe,
kapie poza futerałem.
Boso, w jeziorze zguby
trzeszczą pytania.
Wycierałam zalane lustra
stróżami porządku.
Milkną suche odpowiedzi.
Lśnię nocnym zmęczeniem;
po niewinnych katastrofach
przychodzi pragnienie. (10 kwiecień 2001)

ALKOHOLIK Z WYBORU
Postąpiłem źle, co sprawiło, że czułem się uwięziony
w klatce poza jej klatką.
Groby grawitacji wdzierają się w samotność….
czy butelka wódki starczy do rana?
Zabłądziłem po raz kolejny,
łudząc, że rozsądek skarci JĄ
za cukrową opiekuńczość.
Tkwię w klatce,
susząc pranie przynależności do tego miejsca,
grając w otwarte karty ze ślepą przeciwniczką.
Czasem oszukuję,
bo mi na to pozawala.
Jeszcze ostatni łyk i zapomnę kto tu jest draniem. (14 kwiecień 2001)

WYRZUTY SUMIENIA
Widzę scenę,
w której biorę prysznic.
Z zamkniętymi oczami wtulam w gorące strumyki ulgi.
Pożeram je łapczywie,
pokonując barierę dozwolonej ilości odprężenia.
To krew spływa po mnie,
przywdziewa na ciało pokutny płaszcz,
które oczekiwało oczyszczenia z minionego chaosu.
Dostaję zawrotów głowy,
ale dostaję to czego chciałam.
Jak wybawiona rozmazuję ścieżki zakrzepłej czerwieni
wokół piersi.
Zbyt surowo się oceniam… (14 kwiecień 2001)

CHWILE
Te chwile, które przygniatają
soczystością i wyrafinowaniem
najrzadziej lokowane są w rubrykach brukowców.
Skaczą z trampoliny
na materac miękki od wysiłku,
bo wyrażają chęć skoczenia
mimo wysiedzianej wygody.
Są językiem zbuntowanych wyrażeń,
frazesów oklepanych w miodzie.
Pragnęłam je zniżyć do poziomu zwykłych dni,
ale nie jest to proste.
Z podniebnego obserwatorium sypię srebrnym pyłem,
bym mogła go wpychać do swoich ust
-Lekarstwo potępienia. (18 maj 2001)

SAMOWYSTARCZALNOŚĆ
Bylibyśmy głupi
roztrzaskując na skałach
poprawności i dumy.
Żadnych światłocieni,
przecież walczymy z cieniami cienia.
Nadwyrężone oczekiwania
giną w studni widma funkcji okresowej.
Funkcja odbija ambicje,
wdzięczne za aplauz.
Papierowe samoloty
szybują ponad wierzchołkami wątpliwości.
Niektóre rozbite,
lodują na skałach.
Zniekształcone i niezgrabne
czekają na pomoc. (04 czerwiec 2001)

Permalink Leave a Comment

Styczeń – Marzec/January – March 2001

17 November 2009 at 1:14 (Poems/Poetry) ()

DEGUSTACJA POMYSŁÓW
Karmię pomysłami
nadającymi do jednorazowej degustacji
… lecz ty je połykasz!
Nabite na widelec
domagają się ułaskawienia,
zrozumienia histerycznych wynaturzeń.
Smakują jak komplementy,…
sprowokowane do aktywnej pozy.
Ty – autentyczny smakosz
eksperymentów kulinarnych
odstawiasz deser.
Połykasz mnie w geście wielkiej odwagi.
Doktora. (02 styczeń 2001)

ODZIENIE
Futerko ze szczęścia.
Rozmiar 38.
W sam raz dla mnie…. potykam się o własny krzyk.
Mistrzynie kłamstwa dbają o powierzchowność.
Nie poddają się  tak łatwo.
Tworzą kontynent
smutku, magii i upartej nadziei.
Powodowane tuzinem kaprysów,
żonglują porami roku.
Co druga upadnie do kałuży rozmiarów. (28 styczeń 2001)

WIARA W SIEBIE
Zatrzymałam się w tyle,
jakbym chciała ją pochwycić
przed upadkiem w otchłanie niepewności,
albo rozbiciem o mur ryzyka.
Musiałyśmy się z tym uporać.
Przed siedmioma dniami
nasza świadomość,
podobnie jak nasze ciało,
zrzuciła z siebie całą „odzież”,
wczołgała wraz z resztą ciała
do ciasnoty przepychu.
Matowa podłoga czekała
na punkt zwrotny
siedmiu etapów eliminacji.
Zatrzymałam się w tyle,
lecz osłabiona natarczywym : jeszcze nie teraz
upadłam.
UPADŁAM. (03 luty 2001)

GŁUPIE ZWIERZENIE ZAKOCHANEJ
Nalepki z oklepanymi stwierdzeniami
typowymi dla zakochanych
osaczają strzępy dumy.
Mężczyźni z reguły zacinają się przy goleniu;
Ta sama krew lepi się do mojego ubrania.
Jak mogłaś niczyja kochanko
zabrać mnie na przejażdżkę.
Spowodowałaś wypadek
by pokazać, że to nie śmierci mam się bać
a siebie.
Wygrałaś ze wszystkim co przeżyło,
by umarło inaczej niż zakochani. (03 luty 2001)

FORMA
Kapało.
Wtedy to utracony czar,
rozsmarowany na retrospekcjach
jak smaczna polewa czekoladowa na torcie,
nie wyobrażał sobie zbrodni,
której w pewnych okolicznościach nie popełnił.
Kapało polewą.
Wszystkie nadęte terminy
wykorzystano do rozkrojenia opinii społeczeństwa.
Dwuznaczny wyrób
ulegał przeterminowaniu
z nadmiaru słodkości. (18 luty 2001)

ZASPOKAJAJĄC
Kiedy fizyczny apetyt
zajeżdża zbyt szybko pod twój dom,
… wzbudza podejrzenie.
Wścibscy wylewają filiżanki
podłości i wstydu na naszego człowieka.
Wyleciał i wleciał do osoby,
z którą rozmawialiśmy o teoriach.
Odbijaliśmy te teorie
od ścian prawdopodobieństwa.
Zaspokoiliśmy apetyt wścibskich. (20 luty 2001)

Permalink Leave a Comment